Zdjęcie Johna Marrsa fot. R. Gershinson

"W listopadzie zeszłego roku skończyłem pięćdziesiąt lat i mogę śmiało powiedzieć, że osiągnąłem w życiu prawie wszystko, czego pragnąłem. Jestem bardzo, ale to bardzo szczęśliwy. W kwestiach zawodowych chciałbym, aby kolejna moja powieść również została zekranizowana. Marzę też, by napisać książkę, z której będę tak zadowolony, że nigdy nie stworzę już niczego lepszego. Wtedy przejdę na emeryturę."

Kawiarenka Kryminalna: Kilka dni temu ukazała się w Polsce pana powieść „Co się skrywa między nami”. Przedstawia pan w niej bardzo trudną i skomplikowaną relację między matką i córką – Maggie i Niną – na tyle złożoną i toksyczną, że kobiety przekształcają swój dom w więzienie: pojawiają się kajdanki, łańcuchy, istny reżim. Jak wpadł pan na pomysł tak szokującej i jednocześnie przygnębiającej historii?

J.M.: Potraktuję to jako komplement... (śmiech) Poprzednio napisałem thriller, a jeszcze wcześniej dwie powieści policyjne. Tym razem celowałem w opowieść bardziej skupioną na bohaterce, której losy mógłbym rozciągnąć na przestrzeni lat.

Dzieje Maggie i Niny są więc mroczną sagą osadzoną w dość klaustrofobicznym klimacie. Opowiada ona o dwóch kobietach, które żyją pod jednym dachem: jedna mieszka na piętrze, druga na parterze. Co drugą noc spotykają się na kolacji. Czuć tężejącą między nimi atmosferę. Co się stało, że matka i córka tak się nienawidzą? Nie będę psuł zabawy i odeślę czytelników do książki.

Niektórzy porównują „Co się skrywa...” do „Ostrych przedmiotów” Gillian Flynn i „Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze” Gail Honeyman. Bardzo mi to pochlebia.

KK: Przestawiona przez pana relacja matki i córki to bomba z opóźnionym zapłonem, na którą składają się ciągłe napięcie, bardzo silne negatywne emocje. Jak pisało się panu tę książkę? Musiał pan potem jakoś odreagować?

J.M.: Potrafię bardzo szybko wyłączyć się z trybu pisania. Szczęśliwie mieszkamy na angielskiej prowincji, gdzie możemy spacerować niekończącymi się wiejskimi ścieżkami. Zabieramy ze sobą osiemnastomiesięcznego syna oraz psa i delektujemy się ciszą i spokojem. W Wielkiej Brytanii dobiega końca trzeci już lockdown, więc wprost nie mogę się doczekać wizyty na siłowni i w kinie. Bardzo brakuje mi filmów! Jak dobrze, że jest Netflix! (śmiech)

KK: Przez wiele lat pracował pan jako dziennikarz. Dlaczego postanowił pan zostać pisarzem?

J.M.: Wykonywałem dziennikarski fach, odkąd opuściłem szkolne mury. Przez przeszło dwadzieścia pięć lat zarabiałem na życie, przeprowadzając wywiady z celebrytami dla licznych brytyjskich magazynów i gazet. Poznałem masę fantastycznych ludzi (i dla równowagi niezbyt fantastycznych też!). Nie tęsknię jednak za tym. Dotarłem do punktu, w którym byłem gotowy, żeby coś zmienić.

W 2009 roku przeczytałem anonimowy list, który trafił do jednej z brytyjskich redakcji. Jego autorką była kobieta, a adresatem jej mąż, który przepadł bez wieści dwie dekady wcześniej. Opisała w nim wszystko to, co przez te lata go ominęło, co działo się z nią i czwórką ich dzieci. Pomyślałem wtedy, że to superpomysł na fabułę powieści. No i dlaczego ja sam nie miałbym spróbować jej napisać?

Minęło dwa i pół roku i wreszcie własnym sumptem wydałem powieść „When You Disappeared”. Po kolejnych dwóch latach książkę odkupiło wiodące brytyjskie wydawnictwo. Od tego czasu jest to jedna z moich najlepiej sprzedających się powieści.

cosieskrywamiedzynamii

KK: Czy doświadczenie dziennikarskie przydaje się podczas pisania fabuły?

J.M.: Lata pracy w mediach nauczyły mnie przede wszystkim przechodzenia do sedna, niepoświęcania całej strony na opis drzewa, kiedy wystarczą dwie linijki! Zaopatrzyły mnie również w grubą skórę. Dzięki niej łatwo znoszę krytykę, na przykład negatywne recenzje moich książek. Cóż, nie każdemu spodoba się moja praca, ale nie biorę tego do siebie.

KK: Skrupulatnie obmyśla pan plan powieści?

J.M.: Tworzę w głowie podstawowy zarys historii. Spisuję go w notatniku i poprawiam dopóty, dopóki nie będę z niego zadowolony. Dopiero wtedy zasiadam do komputera i patrzę, dokąd poprowadzą mnie słowa.

Nie mogę powiedzieć, że piszę metodycznie i skrupulatnie. Pierwszy szkic powieści z pewnością nie jest do publicznego pokazania! Dopisuję do niego kolejne detale, czytam i poprawiam na nowo, aż nie wypełnię wszystkich luk. Nie chcę tworzyć skomplikowanych planów, bo wyeliminowałyby spontaniczność. To często oznacza, że bohater z kilku początkowych rozdziałów niewiele przypomina postać z końca książki, a poprawek przy szkicu numer dwa jest bardzo dużo.

KK: Gdzie pan pisze?

J.M.: Pierwsze pięć książek napisałem w pociągach. Dojeżdżałem do pracy półtorej godziny w jedną stronę. Doliczając powrót, przesiadki i przerwy na lunch, miałem bite cztery godziny dziennie na pisanie. Zakładałem słuchawki, włączałem nastrojową muzykę, starając się ignorować otaczający mnie świat, by w zamian stworzyć własny. Szósta powieść była pierwszą, którą całą napisałem w domu.

Pierwszych sześćdziesiąt tysięcy słów uzyskuję w sześć tygodni. To dwa tysiące słów na dzień. Przez ten czas skupiam się tylko na przerzuceniu historii z mojej głowy na ekran komputera. Z tego powodu pierwszy szkic nie jest zbyt spójny. Poprawiam go cztery lub nawet pięć razy. Wtedy daję go kilku wybranym osobom do przeczytania i proszę o opinie. Wysyłam tekst do redaktora, co rozpoczyna już oficjalną rundę nanoszenia zgłoszonych poprawek i przepisywania tekstu po raz wtóry, aż wykluje się ostateczna wersja.

KK: Po takiej ciężkiej pracy należy się odpoczynek, na przykład przed małym ekranem. Nina wspomina w powieści dawne czasy, kiedy razem z rodzicami zasiadali przed telewizorem na wieczorne seanse kultowych na Wyspach seriali „EastEnders” i „Coronation Street”. Lubi pan seriale?

J.M.: Bardzo! Jestem niecierpliwy, oglądam nowości, gdy tylko się ukazują. Zresztą przez osiem lat pracy w mediach zawodowo zajmowałem się serialami: pisałem recenzje, relacjonowałem wizyty na planach zdjęciowych.

Ostatnio chętnie oglądam „Schitt’s Creek”, „Już nie żyjesz”, „Gdzie jest mój agent?” i brytyjski thriller kryminalny „Line Of Duty”.

j marrs fot r gershinson

KK: Na podstawie pana książki też powstał serial telewizyjny pt. „Dopasowani”, który niedawno miał swoją premierę na platformie Netflix. Jest pan zadowolony z ekranizacji?

J.M.: Naprawdę mi się podoba. Serial różni się od mojej książki, ale to odmienne spojrzenie jest dla mnie intrygujące. W chwili, gdy to piszę, „Dopasowani” są trzecim najczęściej oglądanym serialem telewizyjnym na świecie na Netfliksie! Istne szaleństwo!

KK: A czy wiadomo już coś na temat ekranizacji „Co się skrywa między nami”?

J.M.: Niestety jestem związany zapisami umowy i nie mogę zdradzać szczegółów prac nad adaptacją. Trzymam kciuki, żeby wszystko się powiodło i wyszła z tego ciekawa produkcja.

To ekscytujące, bowiem całkiem niedawno prawa do ekranizacji dwóch kolejnych moich książek: „The Passengers” i „The Minders” również zostały kupione przez firmy producenckie z USA.

KK: Chodzi panu po głowie rozpoczęcie serii książek?

J.M.: Nie, bo bardzo szybko się nudzę! Kończę pisać książkę, oddaję tekst do redakcji, potem on wraca z poprawkami, czytam więc go znowu. Ostatni raz zapoznaje się z treścią powieści, gdy wychodzi w formie audiobooka. Ale potem już nigdy więcej po nią nie sięgam.

To trochę jak rozstanie z partnerem. Kiedy byliście razem, świetnie się bawiliście. W pewnym momencie zdajecie sobie sprawę, że się od siebie oddaliliście, choć nie żywicie do siebie urazy. Po prostu chcecie przejść do następnego etapu swojego życia. Podobnie jest ze mną i moimi książkami.

Mam wielki szacunek do pisarzy, którzy sięgają ciągle po tych samych bohaterów. Potrafią ich rozwijać w kolejnych tomach serii i udaje im się zachować świeżość każdej części. To umiejętność, której nie posiadam.

KK: Ponieważ to Kawiarenka Kryminalna, muszę zapytać, czy w trakcie pracy wspomaga się pan małą czarną?

J.M.: Jeśli mam być szczery, nienawidzę kawy! Nie jestem nawet w stanie zjeść ciasta o jej smaku! Jestem wielbicielem herbat, zwłaszcza ziołowych. Uwielbiam herbatki z mięty pieprzowej i zawsze mam pod ręką różne odmiany do wyboru. Im ostrzejsze, tym lepsze.

KK: Którzy pisarze mieli wpływ na pana styl? W „Co się skrywa między nami” często pojawiają się siostry Brontë...

J.M.: Właściwie to od czasów szkolnej ławy nie czytałem ich książek. Kiedy byłem młodszy, miałem obsesję na punkcie wszystkiego, co napisał Franklin W. Dixon, twórca serii o braciach Hardy. Chciałem być jak on, gdy dorosnę. Później uświadomiono mi, że Dixon tak naprawdę nigdy nie istniał - pod tym nazwiskiem pisała grupa różnych autorów! Swoją drogą, to by wyjaśniało, jak u diabła udało mu się wydać sto dziewięćdziesiąt pełnowymiarowych powieści!

Większy wpływ na moje pisanie mają współcześni: John Boyne, Gillian Flynn, Peter Swanson i Tom Rob Smith. Ich twórczość inspiruje mnie do bycia jeszcze lepszym w swoim fachu.

KK: Gdyby miał pan wybrać jednego ulubionego autora kryminałów, to byłby nim...

J.M.: …brytyjska pisarka Cara Hunter. Niedawno skończyłem czytać piątą powieść z jej cyklu o Adamie Fawleyu. Podziwiam, jak łatwo przychodzi jej tworzenie świeżych i zaskakujących historii.

KK: Skoro kawa odpada, to z którą fikcyjną postacią wybrałby się pan na piwo?

J.M.: Zaszalejmy! Bo nie ma nic lepszego niż życie na krawędzi, prawda? Poszedłbym zatem na piwo z... Patrickiem Batemanem z „American Psycho”! Rozmawialibyśmy raczej o miłości do Whitney Houston i jej piosenek niż o szczurzych torturach, jeśli wiecie co mam na myśli...

KK: Czytając „Co się skrywa...”, chwilami odnosiłem wrażenie, że lubi się pan pastwić nad swoimi bohaterami...

J.M.: Przyznaję się bez bicia! Lubię testować ich wytrzymałość. Kiedy są na jej skraju, stają się dużo ciekawsi. Mogą spontanicznie podjąć nieoczywistą decyzję, która zupełnie przemebluje ich dotychczasowe życie.

KK: W pana książce ważne miejsce zajmuje muzyka. Nina zakochuje się w fikcyjnym zespole rockowym The Hunters. Maggie wspomina ikony britpopu: Oasis i Blur. Czy to też ważny element pana życia?

J.M.: Kocham muzykę i mam w domu tysiące płyt. Większość z nich otrzymałem za darmo w czasach, gdy jako dziennikarz zawodowo je recenzowałem. Niestety nie mam już odtwarzacza, na którym mógłbym je puszczać, więc jestem w trakcie przenoszenia wszystkiego do komputera.

Kiedy rozpoczynam pracę nad nową książką, sięgam po nastrojowe albumy takich wykonawców jak Lana Del Ray, Boxer Rebellion, Cigarettes After Sex, Massive Attack czy Sigur Ros. Kiedy wprowadzam poprawki do tekstu, wolę pracować w ciszy, ale na finiszu prac towarzyszą mi łagodne dźwięki muzyki instrumentalnej.

KK: Maggie słowami znanej piosenki gorzko podsumowuje swoje dotychczasowe życie: „Nie zawsze możesz dostać to, czego chcesz”. Czuje się pan spełniony zawodowo?

J.M.: W listopadzie zeszłego roku skończyłem pięćdziesiąt lat i mogę śmiało powiedzieć, że osiągnąłem w życiu prawie wszystko, czego pragnąłem. Jestem bardzo, ale to bardzo szczęśliwy. W kwestiach zawodowych chciałbym, aby kolejna moja powieść również została zekranizowana. Marzę też, by napisać książkę, z której będę tak zadowolony, że nigdy nie stworzę już niczego lepszego. Wtedy przejdę na emeryturę.

KK: A teraz?

J.M.: Jestem w trakcie pisania trzech powieści. Moja druga książka, którą wydałem własnym sumptem została przejęta przez nowego wydawcę i teraz przepisuję ją trochę. Równolegle kończę kolejny thriller psychologiczny, który trafi do księgarń na początku przyszłego roku. Obmyślam także fabułę trzeciej powieści, do której zasiądę początkiem lata. To będzie pracowity dla mnie rok.

Rozmawiał: Damian Matyszczak

Fotografia: R. Gershinson

Książkę możecie kupić TU.