Zapamiętałem sobie poufną radę pewnego pisarza, który powiedział mi kiedyś, iż jego zdaniem współczesna książka sensacyjna powinna czerpać garściami z dorobku scenariuszowego i posługiwać się chwytami czysto filmowymi. No, to się posługuję, bo była to persona godna zaufania.

Kawiarenka Kryminalna: Para się Pan różnymi gatunkami literackimi – fantastyką, sensacją, jest Pan też jednym z kontynuatorów przygód Pana Samochodzika. Która z tych konwencji - jako pisarzowi - odpowiada Panu najbardziej?

Marek Żelkowski: Moja odpowiedź może posłużyć jako podpora jednej z dwóch tez. Pierwszą z nich można sformułować następująco: „Ten cały Żelkowski, to osobnik niedojrzały, który niczym kilkulatek spragniony jest nieustannie nowych wrażeń. Nic nie jest w stanie zainteresować go na dłużej!”. Teza druga mogłaby natomiast brzmieć mniej więcej tak: „Facet jest przedwcześnie zdziecinniały, a w jego mózgu toczą się jakieś tajemnicze procesy niszczące mu powoli osobowość. Nie może być inaczej, skoro nie potrafi skupić się na dłużej na jakiejś formie lub konwencji i ciągle szuka czegoś nowego.”

Marek Żelkowski - 1.

K.K.: Która z tych tez opisuje więc Pana?

M.Ż.: Mam taki feler, że nie lubię się nudzić, zarówno w życiu literackim, jak i pozaliterackim. O dostarczanie emocji w życiu codziennym dbają od lat, między innymi, moi pracodawcy. A jeśli nie stają na wysokości zadania, to ja niemal natychmiast sam wpakuję się w jakieś kłopoty, które zapewnią mi rozrywkę na długi czas. Z kolei w życiu czytelniczym chyba jeszcze mi się nie zdarzyło, abym przeczytał dwie książki jednego autora pod rząd. Po powieści Kinga, musi być, na przykład, Cussler, Krajewski, Silverberg i dopiero wtedy mogę sięgnąć po kolejną powieść mistrza grozy. W życiu człowieka zapełniającego kolejne pliki komputerowe wytworami swojej wyobraźni, również lubię częste zmiany. I dlatego raz pojawia się Samochodzik, raz SF, a potem słuchowisko, sensacja, sztuka teatralna, czy też książka niebeletrystyczna, jak chociażby zbiór wywiadów z pisarzami science fiction z lat 70. i 80., którzy niespodziewanie zniknęli z rynku (Lista nieobecnych – Solaris, 2014).

K.K.: Wymienia Pan tutaj kilka nazwisk znanych autorów. Czy twórczość tych pisarzy stanowi dla Pana inspirację, tak jak Alicja w Krainie Czarów Lewisa Carrolla, której wpływy widać w Kocie z Cheshire?

M.Ż.: Przyznaję, że wymieniłem te nazwiska bez głębszego zastanowienia. To było raczej odzwierciedlenie moich ostatnich lektur. W wywiadach udzielanych przez innych ludzi, zawsze wkurzają mnie próby ucieczki przed odpowiedzią. A jeśli sam przeprowadzam tego rodzaju rozmowę, co z racji zawodu zdarza mi się dosyć często, wówczas próbuję „docisnąć” rozmówcę. Niestety wywiad prasowy musi być autoryzowany. Czasami to, co tak pięknie udało mi się wyłuskać z mojej „ofiary”, przepada później podczas owej autoryzacji i nic nie można zrobić. Wtedy zazdroszczę radiowcom, dziennikarzom telewizyjnym oraz... kelnerom. Jeśli już złapią coś w mikrofon lub obiektyw... Należy do nich i mogą z tym robić... cokolwiek.

K.K.: Co więc uda mi się wyłuskać z Pana?

M.Ż.: Nie potrafię wskazać konkretnych autorów. Ale proszę mi wierzyć, nie jest to ucieczka przed rzetelną odpowiedzią. Ja zachowuję się przeważnie jak literacki wampir i staram się z każdego pisarza oraz z każdej książki, którą czytam, wyssać to, co najlepsze. Gdybym miał wymienić wszystkich autorów, których lubię, albo którzy kiedyś mnie zainspirowali... Musielibyśmy skończyć wywiad w tym miejscu, a dalej byłby już tylko spis imion i nazwisk osób parających się pisaniem. Lubię natomiast określone gatunki literackie. Nie jestem jednak jakoś szczególnie oryginalny. Cenię kryminał, sensację, SF, horror, a także wybrane pozycje z fantasy. I pewnie coś jeszcze, o czym akurat zapomniałem, a co jest ważne... O, na przykład od czasu do czasu uwielbiam poczytać coś z prozy dla młodzieży. W tym ostatnim przypadku preferuję polskich autorów. Nie trawię natomiast wszelkiego rodzaju romansów. Nawet tych z „momentami”. Naprawdę próbowałem, zmuszałem się do czytania, ale męka była zbyt wielka. Nie potrafię się przełamać.

Kot Żelkowski, fot. Marta Matyszczak.

K.K.: Do czytania Kota z Cheshire zmuszać nie trzeba się już od samego początku, który przypomina intro hollywoodzkiego filmu sensacyjnego. Czy ma Pan zatem jakieś filmowe inspiracje?

M.Ż.: Jestem bardzo niedzielnym oglądaczem. Wielu swoich przyjaciół oraz kolegów doprowadzam do rozpaczy swoimi fascynacjami filmowymi. I często słyszę, że „w ogóle nie mam gustu” oraz że „się nie znam”. Zapamiętałem sobie jednak poufną radę pewnego pisarza, który powiedział mi kiedyś, iż jego zdaniem współczesna książka sensacyjna powinna czerpać garściami z dorobku scenariuszowego i posługiwać się chwytami czysto filmowymi. No, to się posługuję, bo była to persona godna zaufania. Pewną rolę odegrał też zapewne mój flirt z Radiowym Teatrem Sensacji. Po napisaniu niemal pięćdziesięciu słuchowisk, człowiek zaczyna trochę inaczej patrzeć na tekst. Wie, że nie wszystko trzeba dopowiedzieć i czasami to, co jest między wierszami, bywa równie istotne dla akcji, jak kolejne zdanie. Poza tym w radiu, podobnie jak w filmie ważne są kolejne sceny, to one tworzą całość. W prozie jest w gruncie rzeczy podobnie, ale w mediach elektronicznych lepiej to widać! To dzięki słuchowiskom nauczyłem się myśleć scenami oraz operować nimi. Mam przynajmniej taką nadzieję, że się nauczyłem. Ostateczna ocena należy zawsze do czytelnika.

K.K.: No właśnie, łatwiej zabija się przez eter czy ze stronic powieści?

M.Ż.: W obu przypadkach zabija się równie łatwo, a czasami nawet z dużą radością. Mam oczywiście na myśli radość tworzenia intrygi. Wprawdzie od strony literackiej robi się to troszeczkę inaczej w radiu, a inaczej na papierze; stosuje się nieco odmienne środki wyrazu i konstrukcje, ale w sumie efekt jest podobny, a trup może słać się gęsto i w jednym i w drugim przypadku. To już zależy od „krwiożerczości” oraz inwencji autora. Bo przecież zgodnie ze starym, brodatym już bon motem: „nic tak nie ożywia akcji jak trup” lub jeszcze lepiej kilka.

K.K.: A czy w kryminale jest miejsce na elementy nadprzyrodzone, ezoteryczne?

M.Ż.: Moim zdaniem jest, ale... Uważam że, elementy nadprzyrodzone dobre są jako tło opowieści. Dzięki nim łatwiej i często atrakcyjniej można przedstawić postacie. Na swój prywatny użytek ukułem natomiast zasadę, że w klasycznym kryminale i sensacji nie wolno pakować elementów ezoterycznych do głównej intrygi. Mówiąc krótko, sądzę, że nie byłaby uczciwa sytuacja, w której wątek główny zostałby wyjaśniony dzięki ingerencji z innego świata. Człowiek czytający sensację lub kryminał oczekuje, że otrzyma w miarę racjonalne wyjaśnienie całej intrygi, a nie rozwiązanie typu deus ex machina. Tak uważam i staram się trzymać owej zasady. Pewnie można byłoby napisać powieść o detektywie, który odnosi sukcesy w śledztwach, na przykład dzięki seansom spirytystycznym... Ale taki typ prozy na razie specjalnie mnie nie pociąga. Wolę klasyczne rozwiązania.

K.K.: Pisanie to dla Pana radosny proces twórczy czy raczej ciężka, rzemieślnicza praca?

M.Ż.: Sądzę, że jedno nie wyklucza drugiego. Proces twórczy zawsze jest dla mnie radosny, ale czasami trzeba odwalić niezłą „tyrkę”. Jest różnie. Czasami „pisze się samo”, a czasami są przysłowiowe: krew, pot i łzy. Dla mnie ważne jest przestrzeganie zasady: nulla dies sine linea – żadnego dnia bez kreski. Piszę codziennie narzuconą sobie liczbę znaków. Czasami zajmuje mi to godzinę, czasami trzy, a czasami pisze się tak dobrze, że podwajam lub potrajam normę. Ale najzabawniej jest wtedy, kiedy zbliża się termin oddania książki. Wówczas biję prawdziwe rekordy we wklepywaniu znaków w klawiaturę komputera. Jeszcze kilka lat temu nigdy bym nie uwierzył, że człowiek może napisać tak wiele w miarę sensownych słów w ciągu doby, ile mnie się już kilka razy zdarzyło.

Marek Żelkowski - 2.

K.K.: Jak więc wygląda dzień zawodowego pisarza?

M.Ż.: Nie wiem. Po prostu nie wiem. Jak na razie, można powiedzieć o mnie wiele rzeczy, ale nie to, że jestem rozchwytywanym przez wydawców człowiekiem pióra, a przecież tylko tacy przechodzą na zawodowstwo. Mógłbym wprawdzie roztoczyć śmiałą epicką wizję, jaką podsuwa mi wyobraźnia, albo zrelacjonować, jak wygląda dzień zawodowego dziennikarza, ale to są zupełnie inne bajki, na zupełnie inny wywiad.

K.K. A ile czasu zajmuje Panu napisanie jednej powieści?

M.Ż.: Z tym bywa bardzo różnie. Powieść o objętości około 400 tysięcy znaków można napisać w miesiąc, ale można też bawić się z nią pół roku lub rok. W każdym razie, mniej czasu zajmuje mi przeważnie napisanie książki, niż oczekiwanie na jej zmaterializowanie się w postaci gotowego tomu. Ale i tak obecnie jest nieźle, zważywszy, że trzydzieści lat temu pisarze czekali na wydanie minimum trzy, cztery lata.

K.K.: Gdyby na bezludną wyspę mógł Pan zabrać tylko jedną książkę, jaki to byłby tytuł?

M.Ż.: Takie pytanie zobowiązuje, aby powiedzieć coś mądrego. A jak człowiek ma akurat pustkę w głowie (przejściową lub permanentną), to naraża się na kpiny. Nie wiem, jaką książkę bym zabrał. Mam w swojej domowej bibliotece kilka tysięcy tomów. Przy ostatnim poważnym liczeniu zatrzymałem się na ósemce z trzema zerami. Pewnie zdałbym się na przypadek. Sięgnąłbym na półkę i „na kogo wypadnie na tego bęc”. Jak znam swój temperament oraz zły charakter, obojętnie, czy zdecydowałby los, czy wybór byłby owocem głębokich przemyśleń, to już po kilku dniach na wyspie dopadłyby mnie frustracja i niezadowolenie. Pewnie zacząłbym pisać na piasku lub liściach palmowych swoją własną historię. Jak już mówiłem, jestem kapryśmy i zmienny. Tak już mam, ale w sumie dobrze mi z tym.

K.K.: Jakie są Pana dalsze plany literackie?

M.Ż.: Jeśli miałbym to ująć w jednym słowie, to rozległe. A jeżeli chodzi o konkrety... Książki Lewisa Carrolla nieodmiennie dostarczają mi kolejnych pomysłów na tytuły i fabuły nowych powieści sensacyjnych. W kolejce czeka jeszcze zatem Tweedledee. To sensacja zahaczająca o szpiegostwo i gry wywiadów, ale rzecz jest do poprawienia, bo za bardzo chciałem błysnąć literacko, a za mało skupiłem się na jasnym poprowadzeniu akcji. Wyszedł... Jakby to delikatnie określić... Nooo... Zakalec wyszedł, ale sądzę, że po przeróbkach będzie z tego całkiem fajny kawałek sensacji. Potem pojawią się zapewne: Królowa Kier i kolejno Szalony Kapelusznik, Marcowy Zając i Druga strona lustra. Pracuję też nad kolejnym Samochodzikiem i powieścią SF dla młodzieży Jaskinie czasu. Kusi mnie również, aby kontynuować moją przygodę literacko-dziennikarską i stworzyć Drugą listę nieobecnych. Długie wywiady-rozmowy z pisarzami, to niesamowite przeżycie. A gdzieś tam czai się jeszcze książka SF w stylu space opery. Zatem pracy przede mną moc. Tylko zawsze w takich przypadkach przytaczam powiedzonko: „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość.”

K.K.: Bez rozśmieszania więc, życzymy Panu realizacji literackich planów!

Wywiad przeprowadziła Marta Matyszczak

Marek Żelkowski - pisarz science fiction i fantasy, scenarzysta radiowy oraz dziennikarz. Zadebiutował w 1986 roku opowiadaniem pt. Niewolnicy. Napisał kilkadziesiąt słuchowisk dla Radiowego Teatru Sensacji. Niedawno nakładem wydawnictwa Videograf wyszedł kryminał jego autorstwa, Kot z Cheshire.