Zdjęcie C.L. Taylor

Poleciałam z przyjaciółmi do Nepalu. Zarezerwowaliśmy kilka jednodniowych wycieczek, w tym rafting. To, co powinno być emocjonującym przeżyciem, stało się istnym horrorem! Nasza tratwa uderzyła w bystrza i się przewróciła. Moi przyjaciele nieświadomie przytrzymywali mnie pod wodą, odpychając się nogami od mojego kasku i próbując wrócić na tratwę. Kiedy w końcu udało mi się wynurzyć, z trudem walczyłam o każdy oddech i wydawałam dziwne dźwięki, przypominające charczenie foki. Mało nie utonęłam. Nigdy więcej nie spróbuję raftingu!”

Kawiarenka Kryminalna: Kiedy czytałam pani najnowszą powieść pod tytułem „Jej ostatnie wakacje” na leżaku na plaży, wzbudzałam lekki postrach wśród innych wczasowiczów, którzy zerkali na okładkę. Trzeba przyznać, że tytuł brzmi złowieszczo, zwłaszcza w sezonie urlopowym. Może więc na przekór, proszę powiedzieć, jak pani lubi spędzać wakacje?

C.L. Taylor: Specjalnie wybrałam taki tytuł, więc cieszę się, że przyciągnął kilka zmartwionych spojrzeń! Uwielbiam każdy rodzaj wakacji – na plaży, city breaki czy wyprawy do lasu. Na początku tego roku wybraliśmy się w rejs dookoła Włoch, aby uczcić pięćdziesiątą rocznicę ślubu moich rodziców (to był mój pierwszy rejs w życiu!). Tego lata lecimy na dwa tygodnie do Kanady (to z kolei jest wyjazd, który zarezerwowaliśmy jeszcze w 2020 roku i musieliśmy go, z wiadomych względów, przełożyć na teraz).

KK: Z kolei Jenna, bohaterka powieści „Jej ostatnie wakacje”, jedzie na tygodniowy obóz odnowy duchowej na wyspę Gozo, gdzie pod okiem swoistego guru ma przejść przemianę wewnętrzną. Jak pani zapatruje się na tego typu przedsięwzięcia?

C.L.T.: niezwykle niebezpieczne. Moim zdaniem osoba, która wybiera się na tego rodzaju wyjazd, jest otwarta na nowe doświadczenia i ludzi, ale też w pewien sposób bezbronna. Stanowi łatwy do zranienia cel. Wszyscy szukamy pomocy w trudnych momentach w życiu, ale trzeba pamiętać, że działalność niektórych mentorów może nam przynieść tylko więcej szkód. Kiedyś przypadkowo znalazłam się na turnusie holistycznej odnowy (to długa historia!) i na własne oczy widziałam, jak wytrącony z równowagi był każdy, kto wziął udział w sesji takiego trenera rozwoju osobistego. Tym ludziom trudno potem było wrócić do równowagi psychicznej.

KK: Niektóre z opisanych zajęć na obozie wydają się naprawdę absurdalne. Wspomnijmy tylko o siedzeniu w dusznym namiocie – tak zwanym szałasie potu – nago z ogoloną głową. Co, pani zdaniem, sprawia, że ludzie dają się omamić i wierzą, że takie praktyki im w czymś rzeczywiście pomogą, zamiast zgłosić się do specjalisty?

C.L.T.: Scena, o której pani mówi, jest wzięta z życia i to ona zainspirowała mnie do napisania tej książki. Miało to miejsce w Stanach Zjednoczonych na jednym z takich wyjazdów odnowy duchowej. W wyniku tych praktyk zginęły trzy osoby, a guru trafił do więzienia. Myślę, że kiedy ludzie są zdesperowani, załamani, to spróbują wszystkiego, aby znaleźć pomoc i odzyskać poczucie szczęścia. Niestety, istnieje wielu niegodnych zaufania manipulatorów, którzy żerują na słabościach innych. Jest kilka fantastycznych filmów dokumentalnych na platformie Netflix na ten temat. Obejrzałem ich mnóstwo, zanim zasiadłam do pisania „Jej ostatnich wakacji”.

KK: Jednym z dość niebezpiecznych ćwiczeń na obozie, na który z kolei jedzie Fran, siostra Jenny, jest rafting.

C.L.T.: Fran spływa tratwą po rzece, ponieważ ja tak zrobiłam w 2006 roku! Poleciałam z przyjaciółmi do Nepalu. Zarezerwowaliśmy kilka jednodniowych wycieczek, w tym rafting. To, co powinno być emocjonującym przeżyciem, stało się istnym horrorem! Nasza tratwa uderzyła w bystrza i się przewróciła. Moi przyjaciele nieświadomie przytrzymywali mnie pod wodą, odpychając się nogami od mojego kasku i próbując wrócić na tratwę. Kiedy w końcu udało mi się wynurzyć, z trudem walczyłam o każdy oddech i wydawałam dziwne dźwięki, przypominające charczenie foki. Mało nie utonęłam. Nigdy więcej nie spróbuję raftingu!

C.L. Taylor, "Jej ostatnie wakacje"

KK: Brzmi przerażająco... Zanim napisała pani „Jej ostatnie wakacje”, pojechała pani na Maltę i Gozo.

C.L.T.: Gozo to przepiękna wyspa, spokojna, cicha i w przeciwieństwie do tego, jak się sprawy mają w mojej powieści, niemal o zerowym poziomie przestępczości. W hotelu, w którym się zatrzymałam (nazywał się Ta 'Cenc), zamieszkali też moi powieściowi bohaterowie podczas opisanego obozu. W kamiennym półokręgu, na który trafiłam na pustkowiu rozciągającym się za hotelem, umieściłam w książce szałas potu. Stałam też na krawędzi urwiska, zbyt przerażona, by spojrzeć w przepaść, i wyobrażałam sobie Jennę w tym samym miejscu. Z kolei Valetta na Malcie bardzo różniła się od spokojnego Gozo. Wizyta w stolicy była dla mnie szokiem kulturowym. Razem z przyjaciółką wybrałyśmy się na spacer, podczas którego... śledził nas jakiś bardzo dziwny człowiek! Musiałyśmy zmienić trasę, żeby go zgubić. To było jak żywcem wyjęte z thrillera!

KK: Uczestnicy obozu grają w grę zwaną „nigdy, przenigdy”. Czego pani nigdy, przenigdy nie zrobiła, a miałaby na to ochotę?

C.L.T.: Nie byłam na zbyt wielu egzotycznych wakacjach, a bardzo chciałabym pojechać na Mauritius i zamieszkać w domku na palach na wodzie. Marzy mi się safari w Kenii, Australia i Nowa Zelandia. Muszę też zobaczyć kilka miejsc w Stanach Zjednoczonych. Jeśli zaś chodzi o nowe doświadczenia, chciałabym spróbować dmuchania szkła! Sięgałam już po różne rodzaje rzemiosła. Zaciekawił mnie program „Blown Away”, w którym dmuchanie szkła wygląda na niesamowite przeżycie, ale i trochę przerażające.

KK: Pisze pani o podobieństwach, jakie występują między panią a Fran – na przykład obie chodziłyście do szkoły z internatem. Jak pani wspomina ten czas?

C.L.T.: Szczerze mówiąc, nie za dobrze. Miałam jedenaście lat i byłam bardzo podekscytowana wyjazdem. Myślałam, że będzie tam jak w książkach Enid Blyton z serii „Malory Towers”. Nic bardziej mylnego! Nasza dyrektorka była okrutną i pozbawioną uczuć kobietą. Przez te siedem lat pobytu w internacie musiałam się nauczyć samowystarczalności – w praktycznych sprawach, ale i w kwestiach emocjonalnych. Nigdy nie wysłałabym syna do szkoły z internatem. Dzieci potrzebują rodziców, a oddawanie ich pod „opiekę” obcych wydaje mi się naprawdę dziwaczne i okrutne.

KK: „Jej ostatnie wakacje” to też powieść o tym, jak złe relacje z rodzicami wpływają na całe nasze późniejsze życie. Czy psychologia postaci to jest to, co panią najbardziej interesuje w historii przedstawionej czytelnikom?

C.L.T.: Ludzie mnie fascynują. Także to, jak przeszłość kształtuje ich teraźniejszość. Ważne jest dla mnie, żeby postacie w moich książkach były wielowymiarowe. I nawet jeśli nie są szczególnie sympatyczne (jak Kate!), czytelnicy powinni rozumieć, dlaczego są takie, a nie inne. Wszyscy mamy swoje wady i obawy, ale też nadzieje i marzenia – to jest zawsze mój punkt wyjścia w tworzeniu bohaterów. Myślę o ich przeszłości i doświadczeniach, które ukształtowały ich osobowość.

C.L. Taylor, "Jej ostatnie wakacje"

KK: Pisze pani o problemie nadmiernego upubliczniania swojego wizerunku w sieci. Jak pani, jako pisarka, sobie z tym radzi? Jak wyważyć odpowiednio konieczność promocji swojej twórczości w Internecie i ochronę życia prywatnego?

C.L.T.: To skomplikowane. Uwielbiam media społecznościowe (i spędzam w nich zdecydowanie za dużo czasu!), ale chronię prywatność swoją i mojej rodziny. Chętnie publikuję zdjęcia mojego gabinetu, w którym pracuję, książek, które czytam, wydarzeń, na których byłam i rękodzieła, które wykonuję, ale nigdy nie zamieszczam fotografii mojej rodziny. Znam czytelników, którzy lubią mieć wgląd w życie osobiste autora, ale przecież muszę zachować coś tylko dla siebie.

KK: Co jest takiego w gatunku thrillera psychologicznego, co najbardziej panią pociąga jako pisarkę, ale i czytelniczkę?

C.L.T.: Fakt, że można w nim odnaleźć samą siebie. Można wejść w skórę głównej bohaterki – zastanawiać się, dlaczego twój mąż jest tak skryty, być podejrzliwą wobec toksycznych przyjaciół lub wyglądać przez okno pociągu, dumając nad życiem innych ludzi. Thriller psychologiczny to także zagadka, ale w zupełnie innym stylu niż ta w powieści detektywistycznej czy kryminale policyjnych procedur. Być może w thrillerze nie ma miejsca na zbrodnię, ale zawsze jest jakaś tajemnica, którą trzeba rozwiązać. I cała zabawa czytelnika polega na tym, by spróbować ją rozszyfrować, a autorka – stworzyć.

KK: No dobrze, to na koniec wyobraźmy sobie przez chwilę, że zbliżają się pani ostatnie wakacje. Dokąd pani jedzie i jakie lektury ze sobą zabiera?

C.L.T: Na pewno pojechałabym na wspomniany Mauritius! Zabrałabym ze sobą kilka ukochanych książek, które od wieków chciałam przeczytać raz jeszcze, ale nie miałam na to czasu: „Kiedy odszedłeś” Maggie O'Farrell, „Notatki o skandalu” Zoë Heller i antologię opowiadań Roalda Dahla pod tytułem „Niespodzianki”. Jestem też wielką fanką Shari Lapeny, Belindy Bauer i Louise Candlish, więc przeczytałabym te ich książki, na lekturę których jeszcze nie znalazłam chwili.

Rozmawiała Marta Matyszczak.

Zdjęcie autorki: materiały wydawnictwa.