Zdjęcie Joanny Dulewicz fot. Daniel Gołębiowski

Wychodzę z założenia, że nie piszę książki wyłącznie dla siebie. To odbiorcom ma ona dać największą przyjemność. Dlatego też w dużej mierze w oparciu o ich sugestie powstała kolejna powieść. Owszem, niektóre opinie wykluczają się wzajemnie. Tu jednak inicjatywę przejmuje zakorzeniony w mojej głowie głos literackiego krytyka.”

Kawiarenka Kryminalna: „Zastraszeni” to druga powieść w pani dorobku. Jak w porównaniu do debiutanckich „Zakłamanych” tym razem przebiegał proces twórczy?

Joanna Dulewicz: Bardzo podobnie. Najpierw był etap koncepcyjny, podczas którego zrodziło się kilkoro nowych bohaterów, powstał zarys fabuły oraz wyklarowały się miejsca akcji. Kolejnym krokiem był research: godziny spędzone w bibliotekach i rozmowy z rozmaitymi osobami, niektóre z nich bardzo emocjonujące – dzięki czemu mogłam zweryfikować i dopracować własne pomysły. Później przyszła kolej na odwiedzanie miejsc, w których miała toczyć się akcja książki. W przypadku niemieckich miejscowości była to analiza fotografii i wszelkiej innej dokumentacji, jaką zgromadziłam podczas podróży odbytych kilka lat wcześniej. Pisanie stanowiło etap końcowy, po którym była już tylko redakcja tekstu.

KK: Jest pani doktorantką, prowadzi badania, publikuje teksty naukowe. Czy pisanie kryminałów jest dla pani swego rodzaju odskocznią od codziennej pracy?

J.D.: Zdecydowanie. Nie ukrywam, że kocham swoją pracę. Uniwersytet znaczy dla mnie bardzo wiele. Niemniej jednak, podobnie jak każdy człowiek, potrzebuję od czasu do czasu odpoczynku. Pisanie powieści zapewnia mi taki właśnie oddech. Mogę na pewien czas zamienić styl naukowy na potoczny. Mogę kreować rzeczywistość. Przede wszystkim zaś mogę pozwolić sobie na wiele więcej, niż wówczas gdy piszę pracę naukową. Daje mi to szczególne poczucie wolności, porównywalne z tym, jakie towarzyszy mi podczas dalekich podróży lub samotnych górskich wędrówek. Przyznam, że to niesamowite!

Zresztą od dawna już w wolnych chwilach skrobałam coś do szuflady. Nigdy wcześniej jednak nie miałam wystarczającej motywacji, aby doprowadzić któryś z tych projektów do końca. Teraz, kiedy mam wakacje, a COVID-19 skutecznie zniechęca mnie do dalszych podróży, wracam do tych tekstów. Mam ambitny plan, by przed rozpoczęciem roku akademickiego dokończyć choć jedną z tych powieści.

j dulewicz typing machine fot daniel gołębiewski

KK: Pandemia przeszkodziła też w nauczaniu, przenosząc je do Internetu. Tęskni pani za spotkaniami ze studentami twarzą w twarz?

J.D.: Bardzo tęsknię! Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach to – według mnie – szczególne miejsce. Panuje tam niesamowita atmosfera. Wirtualne spotkania ze studentami, choć niewątpliwie konieczne, mają zupełnie inny charakter niż te przeprowadzane na żywo. Co więcej, w tym semestrze prowadziłam konwersatoria. Ich specyfika zasadniczo wymagała kontaktu twarzą w twarz. Formuła zdalna była dla wszystkich znacznym utrudnieniem. Kolejna kwestia to nowy uczelniany projekt naukowy, do którego się zakwalifikowałam. Niestety, ze względu na pandemię on także został zawieszony.

KK: Wróćmy jednak do powieści. W „Zastraszonych” fabuła sięga czasów sprzed trzech dekad. Jak wyglądał research dotyczący tamtych lat?

J.D.: Cóż, jestem już w takim wieku, że sama pamiętam to i owo. Niemniej przeprowadziłam kilka rozmów z osobami starszymi ode mnie o pokolenie. Jak zwykle zaprocentował także czas spędzony w bibliotece.

KK: W swoich książkach wiarygodnie przedstawia pani szczegóły pracy policji, wątki związane z kryminalistyką. W jaki sposób zdobywa pani informacje na ten temat? Może pani polecić jakieś konkretne lektury?

J.D.: Najczęściej korzystam z akademickich podręczników kryminologii i kryminalistyki. Przewertowałam ich już dziesiątki. Również w zbiorowych monografiach można odnaleźć wiele cennych informacji. Śledzę także odnośne ustawy i rozporządzenia. Bardzo cenię opracowania autorstwa prof. Brunona Hołysta. Jak wiadomo, to jeden z najwybitniejszych polskich specjalistów w zakresie kryminalistyki, wiktymologii i suicydologii, a także założyciel Polskiego Towarzystwa Kryminalistycznego. Niedawno nabyłam jego „Kryminalistykę”. Pozycja liczy 1500 stron, a ja czytuję ją do poduszki.

W jednej z tych niedokończonych książek, która wciąż zalega w szufladzie, poruszałam temat lingwistyki kryminalistycznej. W tej kwestii kontaktowałam się z prof. Antonim Felusiem, który udzielił mi kilku wskazówek oraz polecił wiele ciekawych opracowań. Natomiast zgłębiając wiedzę dotyczącą pracy prokuratury sięgam często po książki i artykuły prof. Moniki Całkiewicz. Mam także kilku znajomych policjantów, z którymi konsultuję poczynania książkowego Patryka Wrońskiego.

KK: W „Zastraszonych” przenosi pani akcję także za granicę. Skąd wybór akurat takiego miejsca?

J.D.: Po prostu nie wyobrażam sobie opisywania miejsc, w których nigdy nie byłam. Myślę, że to by nie było do końca uczciwe wobec czytelników. Owszem, wiele miejsc można dziś zwiedzać wirtualnie, ale to nie to samo co prawdziwe spacery po ulicach miast, miasteczek i wsi, zaglądanie do budynków, rozmowy z przypadkowo spotkanymi osobami, wdychanie zapachu powietrza…

Niemieckie miejscowości, w których rozgrywa się akcja „Zastraszonych”, zwiedziłam kilka lat wcześniej realizując sześciostronny międzynarodowy projekt edukacyjny oraz podczas wyjazdów turystycznych. Poznałam więc dość dobrze te miejsca, ich topografię, architekturę, a nade wszystko klimat. Dzięki temu ich książkowe opisy są w pełni zgodne ze stanem faktycznym.

KK: Wiernie oddaje pani topografię opisywanych miejsc. Jednak są wśród nich także takie, których próżno szukać na mapie. Skąd taki zabieg?

J.D.: W tych fikcyjnych miejscowościach dzieje się dość sporo. Dodajmy, że dość sporo złego. To, że Zbijów, Skarlecin czy Karls nie istnieją, daje mi mnóstwo swobody jeśli idzie o wymyślanie kolejnych przekrętów, zbrodni i wszelkich innych niegodziwości, jakie mają tam miejsce. Sama mieszkam w maleńkim miasteczku i chyba nie chciałabym czytać o okropnościach, w których udział mają jego mieszkańcy. Kierując się zasadą „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe” uznałam, że stworzenie całkowicie fikcyjnej miejscowości będzie idealnym rozwiązaniem.

KK: Jego własna nowa powieść w rękach pisarza to ogromna radość. Jak wyglądał ten moment, gdy po raz pierwszy zobaczyła pani „Zastraszonych” już w finalnym kształcie? Czyta pani wtedy całość tekstu? Sprawdza, czy wszystko się zgadza? Wącha kartki?

J.D.: Każdą przygodę z książką zaczynam od wąchania kartek. Jakby nie było, książka to też obiekt materialny. Lubię szelest kartek, rozkoszuję się fakturą okładki pod palcami… Na czytanie także przyszedł czas. Jednak nie po to, by sprawdzić, czy wszystko się zgadza. To zostało sprawdzone przed wydaniem. Chodziło wyłącznie o przyjemność. Uwielbiam czytać. A to, że tekst zrodził się w mojej głowie i że znam go niemal na pamięć, nie ma w tym przypadku większego znaczenia.

KK: Głównym tematem „Zastraszonych” jest strach i to, jak ludzie sobie z nim radzą, jak żyją, będąc pod jego wpływem. A czego boi się Joanna Dulewicz?

J.D.: Wielu rzeczy. Chociaż chyba pod tym względem nie będę zbyt oryginalna. Najbardziej bowiem boję się zawsze o swoich bliskich. Sama jestem z natury dość ostrożna, zwykle staram się unikać zbędnego ryzyka.

Z drugiej strony, wiele razy przekonałam się, że los konfrontuje mnie z tym, czego się obawiam. Tak było na przykład z lataniem samolotem. Niegdyś zarzekałam się, że nigdy nie wsiądę na pokład. A później przyszedł czas koordynowania międzynarodowego projektu i siłą rzeczy musiałam odbyć kilka powietrznych rejsów.

Poniekąd podobnie było z pisaniem. Przez lata uważałam, że to jeszcze nie ten moment, obawiałam się, że muszę doszkolić się jeszcze powiedzmy w zakresie entomologii kryminalistycznej, albo na przykład przeczytać kolejne opracowanie na temat balistyki. Tymczasem okazało się, że mam wokół siebie sporo osób, które w razie potrzeby udzielą mi cennych rad. A na doczytywanie i doszkalanie się także, mimo innych obowiązków, udaje mi się znaleźć czas. Jak widać, strach miewa niekiedy wielkie oczy.

j dulewicz velvet fot daniel gołębiewski

KK: Czy czyta pani recenzje swoich powieści? Bierze pani pod uwagę sugestie czytelników?

J.D.: Staram się czytać większość recenzji i opinii. Dzięki temu mam informację zwrotną na temat tego, co podoba się czytelnikom, a z czego lepiej zrezygnować. Jakiś czas temu napisałam na swoim instagramowym koncie, że „Zastraszeni” to poniekąd wspólne dzieło: moje i osób, który czytały „Zakłamanych”, a następnie podzieliły się swoimi odczuciami.

To właśnie ze względu na opinie czytelników zmieniłam – i to dość znacznie – swoje wcześniejsze plany co do kilku znaczących aspektów tej powieści. Wychodzę z założenia, że nie piszę książki wyłącznie dla siebie. To odbiorcom ma ona dać największą przyjemność. Dlatego też w dużej mierze w oparciu o ich sugestie powstała kolejna powieść. Owszem, niektóre opinie wykluczają się wzajemnie. Tu jednak inicjatywę przejmuje zakorzeniony w mojej głowie głos literackiego krytyka.

KK: Podobno zajęła się pani powieścią kryminalną także od strony naukowej. Czy może nam pani zdradzić coś więcej na ten temat?

J.D.: Wiele nie zdradzę, gdyż praca jest właśnie na etapie recenzji naukowej. Mogę powiedzieć tylko tyle, że jakiś czas temu otrzymałam propozycję przygotowania artykułu do jednego z ogólnopolskich roczników naukowych. Najogólniej rzecz ujmując, moja praca dotyczyła istoty dobrego kryminału. Wspominałam w nim między innymi o powieściach wielu współczesnych polskich pisarzy. Nie ukrywam, że naukowej refleksji poddałam także publikowane recenzje i opinie na temat „Zakłamanych”.

KK: Byli „Zakłamani”, są „Zastraszeni”, a jakie będzie trzecie Z? Jakie są pani dalsze plany pisarskie?

J.D.: Trzecie Z jeszcze nie powstało. Faktycznie, coś już jest, coś się tworzy, ale do końca jeszcze daleka droga. Teraz jestem na etapie porządkowania szuflad. Może wyłoni się z nich coś spoza serii z Leną i Patrykiem? Kto wie…

Rozmowę przeprowadził: Damian Matyszczak

Fotografie: Daniel Gołębiowski

Joanna Dulewicz – ukończyła filologię angielską i zarządzanie. Obecnie związana jest z Uniwersytetem Jana Kochanowskiego w Kielcach, gdzie pracuje nad doktoratem z literaturoznawstwa, a także prowadzi zajęcia z literatury oraz konwersatoria. Jest autorką wielu publikacji naukowych i popularnonaukowych. Zajmuje się także tłumaczeniami tekstów literackich.

Kocha podróże, czarną kawę i wiersze Maryli Wolskiej. Nałogowo czyta książki. Siłę i inspirację czerpie z wypadów w Tatry. (mat. wyd)