Zdjęcie Hanny Greń fot. Ogniskova

"Mąż udziela mi wskazówek w trakcie pisania. Najczęściej wygląda to tak, że wydzieram się z piętra, gdzie mam swój warsztat pracy, wołając: „Rysiek! Co się dzieje, gdy…?”. Albo: „Co policja robi w przypadku…?”. Wtedy on porzuca swoje zajęcie i odpowiada. Dzięki temu nie tracę czasu na oczekiwanie wyjaśnienia."

Kawiarenka Kryminalna: Jesteśmy tuż po premierze „Więzów krwi”, drugiego tomu kryminalnej serii z Dionizą Remańską w roli głównej. Diona wraca w znane z „Wioski kłamców” tereny. Znów próbuje złamać zmowę milczenia mieszkańców małej miejscowości, tym razem sąsiadującej ze znanym nam już Strzygomiem Świercznicy. Dlaczego zdecydowała się pani na takie miejsce akcji? Mała, położona w górach wieś, a nie na przykład duże miasto?

Hanna Greń: Nie znam życia w dużym mieście, dlatego ciężko byłoby mi je opisywać. Prócz tego uważam, że Beskidy stanowczo zbyt rzadko pojawiają się w literaturze. Mają w sobie wielki potencjał i świetnie nadają się na miejsce akcji, dlatego postanowiłam je wykorzystać.

KK: Remańska jest ekspolicjantką, która myśli o pracy na własny rachunek. Jaką karierę przewiduje pani w dłuższej perspektywie dla swojej bohaterki? Czy założy jeszcze policyjny mundur?

H.G.: Wytyczyłam Dionizie życiową ścieżkę, na której nie ma miejsca na powrót w policyjne szeregi. Ale Remańska jest osobą upartą i samowolną, niechętnie poddającą się nakazom i ograniczeniom, wobec czego trudno przewidzieć jej ruchy. Sama jestem ciekawa, czy dostosuje się do moich założeń, czy może wyjdzie z ram, w których chciałam ją zamknąć.

KK: W najnowszej powieści łączy pani intrygę kryminalną z tematem przemocy wobec kobiet i przestępstw seksualnych. Czy taki kryminał społeczny jest pani, jako pisarce, ale też czytelniczce, najbliższy?

H.G.: Uważam, że kryminał, tak jak każda inna powieść, powinien nieść w sobie jakieś przesłanie. Samo śledztwo i ujęcie sprawcy to zbyt mało. Treść książki może dawać wyłącznie ucieczkę od szarej codzienności, ale może też przy okazji propagować pewne wartości oraz negować to, co autor uważa za złe. Stanowczo jestem zwolennikiem tej drugiej opcji.

KK: Jedną z bohaterek „Więzów krwi” jest ekspedientka małego sklepu spożywczego w Świercznicy, Pela Pasierbek. Szczegół z jej kariery zawodowej – wykładała ekonometrię na Akademii Ekonomicznej w Katowicach – brzmi znajomo w odniesieniu do pani biografii. Jak to jest u pani z tym przenoszeniem cech prawdziwych osób na bohaterów literackich?

H.G.: Bardzo często uciekam się do kradzieży i obdarzam moich bohaterów cechami ludzi, których znam, a także tych, których tylko przypadkiem napotkałam. Wykorzystuję bezwstydnie ich słabostki i nawyki, kradnę ich gesty czy powiedzonka, robię to jednak w taki sposób, by nikt nie mógł rozpoznać siebie w wykreowanej przeze mnie postaci.

KK: W pani książkach uważny czytelnik odnajdzie także odniesienia do współczesnej sytuacji politycznej w kraju. Porusza pani temat ustawy dezubekizacyjnej krzywdzącej funkcjonariuszy policji z milicyjnym rodowodem. Czy poprzez swoich bohaterów przemyca pani własne zapatrywania polityczne?

H.G.: W latach 80. należałam do Solidarności i brałam czynny udział w walce z systemem, a jednak uważam, że ustawa dezubekizacyjna jest ustawą represyjną, krzywdzącą tysiące niewinnych ludzi. Należało postawić przed sądem winnych, a nie kolejny raz karać wszystkich, odbierając im emerytury wypracowane w wolnej Polsce i stawiać znak równości między nimi a bandytami, których ścigali.
Poza tym po wprowadzeniu w życie ustawy z 2009 roku z emerytury wysłużonej w SB zostało im zaledwie 27%, trudno więc mówić tu o odebraniu esbeckich emerytur, a tak właśnie z uporem rząd przedstawia ten haniebny twór, grając na uczuciach ludzi niezorientowanych w tej sprawie. Podobnym zabiegiem jest nazywanie tej ustawy „dezubekizacyjną”, chociaż UB zlikwidowano w 1956 roku i niewielu już ubeków pozostało przy życiu.

KK: Pisze pani także o rosnącej roszczeniowości społecznej wskutek programu 500+ (ten motyw zresztą wykorzystała pani w fabule jako sposób na kupienie milczenia). Czy pani zdaniem kryminał może być nośnikiem społeczno-politycznych idei?

H.G.: Program 500+ uważam za niedopracowany, a przez to mocno demoralizujący. Program pomocowy był potrzebny od dawna, ale na pewno nie w takim kształcie. Ten w wielu przypadkach spowodował wzrost roszczeniowości i wzmocnienie środowisk patologicznych.
Jak każdy inny człowiek, pisarz także ma swoje poglądy polityczne, i nie widzę powodu, dla którego miałby je ukrywać. Jeśli dostrzega nieprawidłowości, ma prawo reagować, a że ma okazję do przekazania swoich przemyśleń w książkach, grzechem byłoby, gdyby z niej nie skorzystał.
Staram się przemycać takie treści poprzez krótkie wzmianki, gdyż uważam, że nachalna dydaktyka odnosi skutek przeciwny do zamierzonego. Uważam, że jeżeli przekonam chociaż jedną osobę, będzie to sukces, gdyż wielu specjalistom nie udaje się nawet to.

KK: Pani mąż jest emerytowanym policjantem i aktywnie wspiera pani twórczość. Czy poza recenzowaniem gotowego tekstu, również uczestniczy w pracach przygotowawczych, a potem przy tworzeniu zarysu fabuły powieści?

H.G.: Daję mężowi do przeczytania zarys fabuły, by mógł już na wstępie odnieść się do wymyślonej przeze mnie intrygi i wyłapać słabe punkty. Zdarzyło się też kilkakrotnie, że w miejsce zakwestionowanego fragmentu podsuwał mi inne rozwiązania fabularne.
Udziela mi również wskazówek w trakcie pisania. Najczęściej wygląda to tak, że wydzieram się z piętra, gdzie mam swój warsztat pracy, wołając: „Rysiek! Co się dzieje, gdy…?”. Albo: „Co policja robi w przypadku…?”. Wtedy on porzuca swoje zajęcie i odpowiada. Dzięki temu nie tracę czasu na oczekiwanie wyjaśnienia.

Zdjęcie Hanny Greń copyright Ogniskova

KK: Jak wyszukuje pani legendy, mity i podania ludowe, które pojawiają się w książkach serii z Dionizą?

H.G.: Szczerze mówiąc, wszystkie te legendy sobie wymyśliłam. Zaczęło się od tytułowej wioski kłamców. Gdy szukałam dla niej nazwy, przyszedł mi na myśl Strzygom, na razie bez żadnych skojarzeń ze strzygami. Dopiero po napisaniu kilku rozdziałów wpadłam na pomysł, by wykorzystać tę nazwę do stworzenia legendy o narodzinach wioski. Zauważyłam, że ten zabieg spotkał się z aprobatą czytelników, dlatego w „Więzach krwi” obdarzyłam Świercznicę Ścianą Życzeń, a na potrzeby trzeciej części wymyśliłam legendę o Osie.

KK: A jakie pragnienie pani wypowiedziałaby przed Ścianą Życzeń?

H.G.: Odpowiem po wiedźmińsku: „Hm”. Nasuwa mi się wiele życzeń, ale jedne są zbyt banalne, by zawracać nimi głowę siłom wyższym. Inne zaś, na przykład takie, by biedna, umęczona Polska doczekała się mądrych i kompetentnych rządzących, wydają mi się zbyt skomplikowane, jak na siłę sprawczą jednej skały. Pozostanę więc przy życzeniu, by pandemia się definitywnie skończyła, a wirus w koronie zniknął i nigdy nie powrócił.

KK: Czy pandemia przeszkodziła pani planom pisarskim?

H.G.: Pandemia miała wpływ na moje plany o tyle, o ile nie mogłam spotkać się z czytelnikami, a spotkań autorskich miało się odbyć naprawdę sporo. Z przykrością przyjęłam informację o odwołaniu Warszawskich Targów Książki, zwłaszcza że te właśnie targi wyjątkowo przypadły mi do gustu.

KK: Czy życie pisarki w czasach kwarantanny wiele różni się od tego w normalnych warunkach?

H.G.: Oprócz wspomnianych niedogodności pandemia niespecjalnie wpłynęła na moje życie. Przedtem także siedziałam w domu lub w ogrodzie i pisałam, i teraz jest dokładnie tak samo. Robienia zakupów nie znoszę, a wszelkie galerie handlowe omijam szerokim łukiem, więc pod tym względem również niewiele się zmieniło. Właściwie jedyna niedogodność to w moim przypadku odcięcie od usług, z których korzysta większość kobiet. Wprawdzie hybrydy na paznokcie nakładam sobie sama, ale talentów fryzjerskich nie mam za grosz, a nie dość, że mam bardzo gęste włosy, to jeszcze rosną jak zwariowane. Po dwóch miesiącach bez fryzjera znacznie upodobniłam się do Kopernika na haju.
Nie jestem osobą podatną na depresję czy nawet chandrę, ale na wszelki wypadek czas umilam sobie lekturą. Oczywiście w większości są to kryminały, głównie polskich autorów.

KK: Jakie są pani najbliższe plany pisarskie i kiedy znów spotkamy się z Dioną?

H.G.: Zacznę od końca. Z Dioną czytelnicy będą mogli spotkać się ponownie jesienią. Nie znam jeszcze konkretnego terminu ani nawet tytułu, ale tekst pod roboczym tytułem „Osada morderców” został już w kwietniu wysłany do wydawnictwa.
Potem zrobiłam sobie odpoczynek od Dionizy i napisałam opowiadanie do antologii kryminalnej. Nadmienię, że jego bohaterem jest jedna z postaci występujących w „Więzach krwi”, ale nie zdradzę, o kogo chodzi, żeby wzmóc Wasze zainteresowanie.
Obecnie zabrałam się za pisanie czwartej części o Dionie, a jednocześnie poprawiam tekst o roboczym tytule „Północna zmiana”. Jest to powieść niezwiązana z cyklem o Dionizie. Fabuła rozgrywa się w latach 80., jest dość mocno osadzona w realiach historycznych, zawiera też sporo wątków autobiograficznych. Akcja powieści, rozgrywająca się głównie w Bielsku-Białej, zahacza też o Wybrzeże i środkową Polskę, i sięga aż do Kanady.

Rozmowę przeprowadził: Damian Matyszczak
Fotografia: Ogniskova

Hanna Greń - urodzona w Wiśle, obecnie mieszkanka Bielska-Białej. Z wykształcenia ekonomistka, do 2014 roku właścicielka biura rachunkowego, niedługo później wydała swoją pierwszą powieść. Pasjonuje się kryminalistyką, a jej mąż – emerytowany policjant – jest pierwszym recenzentem jej książek. W wolnych chwilach uwielbia spacerować po lesie, najbardziej jesienią, a także haftować i czytać. Autorka m.in. „Wioski kłamców” rozpoczynającej kryminalną serię z Dionizą Remańską. (mat. wyd.)