Okładka Krwi Bartosza Szczygielskiego.

Bartosz Szczygielski, który w zeszłym roku zadebiutował znakomitą „Aortą”, zrobił milowy krok w stronę literackiego mroku. W „Krwi”, kontynuacji przygód pruszkowskiego policjanta, Gabriela Bysia, nie ma już miejsca na żarty. U bohaterów dzieje się źle. A może być tylko gorzej.

Po tragicznych wydarzeniach opisanych w „Aorcie”, Byś trafia do szpitala psychiatrycznego w Tworkach. Jako pacjent. W sumie nie jest tam więźniem, mógłby wrócić do domu, ale sam już nie jest pewien, gdzie ów się znajduje. Tymczasem na dziedzińcu zakładu starsza pani trafia na przerażające znalezisko. Media i okoliczna ludność szybko wietrzą sensację. Wielu jest skłonnych przypuszczać, iż w Tworkach doszło do religijnego cudu. Tłumy zbierają się na placu pod lecznicą i się modlą, a policja, dość niemrawo, prowadzi śledztwo.

Początkowo dochodzeniem zajmuje się Monika, koleżanka Bysia po fachu, jednak kobieta szybko dostaje inne, spychające ją na margines wydarzeń zadania. To nie powstrzymuje jednak pani sierżant przed węszeniem na terenie szpitala, w czym udatnie pomaga jej Gabriel, mimo że oficjalnie służby już nie pełni. Para gliniarzy słusznie przypuszcza, że za tworkowskimi murami dzieją się rzeczy daleko odbiegające od standardowych procedur medycznych, a jak najbardziej zakrawających o kryminał.

Naprzemiennie z wątkiem Bysia poznajemy ten, który dotyczy Kaśki, prostytutki, którą mieliśmy już okazję poznać w „Aorcie”. Dziewczyna, tak jak Gabriel, znajduje się w potrzasku, tyle że zupełnie innego rodzaju. Główny czarny charakter, niejaki Dzierga, uwięził Kaśkę w jej własnym mieszkaniu i wynajmuje jej usługi w najstarszym zawodzie świata. Kobieta jednak ma plan. Czy jego realizacja przyniesie polepszenie losu, to już zupełnie inna kwestia.

Oba wątki z czasem zaczynają mieć pewne punkty styczne, w finale wreszcie łączą się ze sobą, prowadząc do rozwikłania tajemnicy.

Bartosz Szczygielski po raz wtóry udowadnia, jak znakomite ma wyczucie językowe. Autor posługuje się własnym, niepodrabialnym stylem, pełnym nieoczywistych porównań. Z technicznego punktu widzenia Szczygielski jest jeszcze lepszy niż w swoim debiucie. Sprawnie operuje akapitami, nadając w ten sposób odpowiedni wydźwięk swojemu tekstowi. Przejścia między rozdziałami znów łączą się ze sobą na filmową nutę, jednak tym razem autor dokonuje tego w mniej dosłowny, bardziej wyrafinowany sposób.

Jak na okolice Pruszkowa przystało, odnajdujemy w „Krwi” echa działalności mafijnej. Znalazły się też w powieści bezpośrednie odniesienia do jednego z ulubionych seriali autora – tego opowiadającego o pewnym chorym na raka chemiku, który postanawia zarobić szybką kasę, wchodząc w kooperatywę ze swym dawnym, nie nazbyt zdolnym uczniem.

Tak w zasadzie mamy tu dwoje protagonistów, ponieważ wątki Bysia i Kaśki wydają się równorzędne w toku opowieści. Mimo to moją ulubioną bohaterką, która wzbudziła we mnie największą sympatię, która – mówiąc nieładnie - ma największe jaja, i której najbardziej kibicuję, jest sierżant Monika. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby wykopała Bysia z siodła głównej postaci, albo gdyby Szczygielski poświęcił jej osobną powieściową serię.

Ten mój sentyment do postaci pani sierżant być może wynika z tego, że autor zdaje się doskonale rozumieć kobiety, znać ich świat, a co za tym idzie, przekonywająco go opisywać.

„Krew” jest naprawdę mocną lekturą. Pełną brutalnych, nieraz naturalistycznych scen ukazujących wszelkie okropieństwa w czystej postaci. Ze względu na większą dawkę humoru moje serce pozostaje przy „Aorcie”, jednak już nie mogę doczekać się zakończenia trylogii, ponieważ czuję, że Szczygielski przygotował dla czytelników niezłą, z pewnością wbijającą w fotel niespodziankę.

Bartosz Szczygielski

„Krew”

Wydawnictwo W.A.B.

Warszawa, 2017

393 s.

Recenzja "Aorty" Bartosza Szczygielskiego.

Polecamy