„Lubię myśleć o bloku czy mniejszym osiedlu jak o swoistym organizmie. Mieszkańcy i ich relacje mogą być różni, ale zawsze pojawią się pewne role; dodatkowo często może się wydawać, że doskonale zna się kogoś, kto mieszka za ścianą, ale chyba nie da się nigdy nikogo tak do końca poznać, nawet siebie”.
Kawiarenka Kryminalna: Szwarccharakterem swojej najnowszej powieści „Śmierć na osiedlu” uczynił pan prezesa spółdzielni mieszkaniowej, Zygmunta Baranowskiego, którego najpierw obsobaczył pan od najgorszych, a potem ukatrupił i porzucił samopas na ławeczce. Nie boi się pan niespodziewanej hiperpodwyżki czynszu od lipca?
Marcin B. Łukasiewicz: Na szczęście nie jestem mieszkańcem spółdzielni mieszkaniowej zarządzanej przez pana Baranowskiego (śmiech). Na wszelki wypadek jednak zachęcam do kupowania książki (najlepiej po kilka sztuk), gdybym od lipca faktycznie stanął przed nagłą podwyżką opłat!
KK: „Śmierć na osiedlu” to pana komediowy debiut. Wcześniej pisał pan powieści i opowiadania z gatunku fantastyki. Skąd przyszła inspiracja do zmiany konwencji?
M.B.Ł.: Tak naprawdę nie odbieram tego jako „znaczącej zmiany konwencji”; zarówno mój debiut, („Moja martwa dziewczyna”), kolejna powieść („Żar”), jak i wiele moich opowiadań ma elementy komediowe. W „Śmierci na osiedlu” wspomniane elementy są po prostu bardziej wyeksponowane i grają główną rolę, natomiast humor (czasem dość szeroko rozumiany) już wcześniej był obecny w tym, co pisałem.
W „Śmierci na osiedlu” czułem jednak, że ta historia wymaga większego udziału elementów komediowych i wszystko zaczęło się składać dopiero, kiedy zacząłem je mocniej eksponować.
KK: A jaki rodzaj humoru pan lubi?
M.B.Ł.: Wydaje mi się, że mam dość specyficzne poczucie humoru, natomiast szczęśliwie dla mnie pewne jego aspekty rezonują też z innymi ludźmi (przynajmniej mam taką nadzieję). Kiedyś mocno bawił mnie angielski humor, natomiast od jakiegoś czasu o wiele bardziej śmieszy mnie humor skandynawski („Jabłka Adama” czy „Ostatni wiking” w reżyserii Andersa Thomasa Jensena uważam za wyjątkowo zabawne).
Natomiast najpewniejszym, najbardziej sprawdzonym w boju, zawsze pewnym źródłem humoru jest film „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra”.
KK: Mieszkańcy powieściowego bloku tworzą osobliwy przekrój społeczny. Czy te postacie i relacje między nimi to efekt puszczenia wodzy literackiej wyobraźni czy bacznej obserwacji otoczenia?
M.B.Ł.: W mojej książce nie ma postaci, która miałaby pierwowzór jeden do jednego; są inspiracje „ludzkim przekrojem osiedla”, ale najczęściej bohaterowie są poskładani z różnych elementów. Część z tych elementów pochodzi „z życia”, część po prostu zmyślam, żeby było mi wygodniej. Podobnie jest z relacjami.
KK: A idąc dalej, czy literatura, pana zdaniem, może być formą autoterapii dla pisarza? Na przykład odreagowania doskwierającej rzeczywistości?
M.B.Ł.: Trudno mi jasno stwierdzić, czy literatura może być formą autoterapii – pewnie tak, natomiast nie wydaje mi się, żeby to miało miejsce w moim przypadku. Staram się pisać takie książki, jakie sam chciałbym czytać, z takim jednak zastrzeżeniem, że najpierw dokonuję (często bardzo brutalnego) aktu autoograniczenia. Chętnie przeczytałbym fabularyzowaną monografię na temat powstawania linii kolejowej Kraków-Lwów w połowie XIX wieku, najlepiej z dobrze wyeksponowanym wątkiem formowania się wcześniej Towarzystwa Akcyjnego Galicyjskiej Kolei Karola Ludwika, do tego z dorzuconym gaslamp fantasy, natomiast czytałbym to potem pewnie sam i nikt więcej. Nie skupiam się mocno na potencjalnej grupie odbiorców, ale jeśli od początku już wiem, że pomysł zainteresuje dwie osoby, to raczej ten pomysł nie wchodzi w życie.

KK: Nietuzinkowym mieszkańcom bloku w pana książce dodatkowego kolorytu dodają artefakty, które znajdujemy w jego wnętrzach. Klasyki, jak całe ściany zabudowane boazerią i pawlaczami, meblościanki na wysoki połysk czy wyzierające zewsząd zdjęcia papieża uzupełnia pan o woreczki strunowe z tabletkami ecstasy oraz liny i kajdanki do BDSM. Interesują pana – w kontekście literackim – społeczne kontrasty?
M.B.Ł.: Zasadniczo na umiejętnym rozegraniu kontrastów można zazwyczaj pociągnąć całą fabułę – tyczy się to książek, seriali, gier czy filmów. Wszystko zależy od pomysłu i tego, co ma stanowić esencję.
Żeby jednak nie odjeżdżać za daleko od pierwotnego pytania – lubię myśleć o bloku czy mniejszym osiedlu jak o swoistym organizmie. Mieszkańcy i ich relacje mogą być różni, ale zawsze pojawią się pewne role; dodatkowo często może się wydawać, że doskonale zna się kogoś, kto mieszka za ścianą, ale chyba nie da się nigdy nikogo tak do końca poznać, nawet siebie. Można powiedzieć, że te mniej typowe przedmioty (oprócz tego, że pchają fabułę do przodu, czy są źródłem humoru) to takie fizyczne dowody na to tylko pozorne poznanie innych.
KK: Dużo miejsca poświęca pan w książce teoriom spiskowym. Jeden z bohaterów, Krzysztof, to zagorzały foliarz, który poza standardowym zestawem banialuk (reptilianie, fluor w wodzie pitnej, no i witamina C, lecz tylko ta lewoskrętna!) popularyzuje tezę o szkodliwości stosowania filtrów w papierosach i prozdrowotnym wpływie palenia czystego tytoniu. Skoro nauka i twarde logiczne argumenty nie kruszą betonu i triumfuje antynauka plus kanapowa chłopskorozumowość, to czy zostaje nam już tylko wobec tego wszystkiego śmiech? Czy pana zdaniem humor i sarkazm mają potencjał do zatrzymania lub chociaż spłaszczenia zalewającej społeczeństwa fali tsunami z dezinformacji i szurskich teorii?
M.B.Ł.: Trochę boję się odpowiadać na to pytanie (śmiech).
Nauka, odkrycia czy dowody na mnóstwo rzeczy często wymagają czasu – albo na to, by coś ustalić, albo na wdrożenie tego w życie, albo na odpowiednie wyjaśnienie. Pseudonauka czy „chłopski rozum” dają odpowiedzi od razu, dlatego są tak niebezpieczne.
Wobec miejscami obezwładniającego zalewu informacji, które atakują nas ze wszystkich stron, czasem trudno jest ustalić, co jest prawdą, a co dezinformacją, fake newsem czy szurią. Wydaje mi się, że problem leży głębiej – szkoła w żaden sposób nie uczy ani umiejętności weryfikacji, ani szacunku do nauki; często też nie tłumaczy, jak naprawdę działa (i powinna działać) nauka, stąd zmagamy się z problemem zarysowanym w pytaniu. Obawiam się, że humor czy sarkazm absolutnie nic nie zmienią.
KK: W „Śmierci na osiedlu” warstwę stricte komediową przełamuje pan wątkami poważnymi o tonacji nader słodko-gorzkiej. Łatwiej jest panu rozśmieszać czytelnika, czy kontrolować balans między komizmem a realizmem narracji?
M.B.Ł.: To mocno zależy od konkretnego miejsca, natomiast myślę, że humor jako taki jest trudniejszy do zrealizowania. Przy elementach komediowych trzeba wyczuć, co może być zabawne, ale niekoniecznie umiem to robić sztucznie; żart musi mnie chociaż trochę śmieszyć, bo nie umiem abstrakcyjnie zaprojektować humoru na zasadzie „ktoś się wywróci, mnie to nie śmieszy, ale czterdzieści innych osób już tak”. Trzeba też nałożyć filtr na rzeczy wyjątkowo niszowe – bawią mnie ściśle specjalistyczne żarty oparte o teorię muzyki albo podstawy programowania, ale mam świadomość, że jeśli cała książka będzie tylko o to oparta, to jest to przepis na klęskę.

KK: W kultowym serialu Stanisława Barei „Alternatywy 4” dozorca Anioł wymyślił dolegliwy system kontroli i inwigilacji lokatorów. Powieściowy prezes Baranowski w dokuczaniu mieszkańcom idzie o kilka kroków dalej. Czy to jest pana zdaniem tak, że mimo upływu lat (wszak premiera serialu Barei miała miejsce w 1986 roku, czyli dokładnie czterdzieści lat temu!) natura ludzka się nie zmienia? Nadal jesteśmy wścibscy, nic sobie nie robimy z przestrzegania granic przestrzeni osobistej innych i wścibiamy nos w interesy ludzi wokół?
M.B.Ł.: Rok 1986 (jak i 1984) znam tylko z opowieści, natomiast wydaje mi się, że jednak zmiany społeczne (i nie tylko) przez te czterdzieści lat są bardzo duże. Trudno mi oczywiście porównywać teraźniejszość do przeszłości, w której nie było mnie jeszcze na świecie, natomiast powiedziałbym raczej, że obecnie jesteśmy bardziej zamknięci, a wścibstwo czy ignorowanie przestrzeni osobistej innych są dzisiaj bardziej piętnowane. Nie oznacza to oczywiście, że takie zachowania zniknęły (śmiech).
KK: Wspomina pan w książce największych jazzmanów jak Miles Davis, John Coltrane, Charlie Parker czy Benny Goodman. Sam jest pan kompozytorem i gitarzystą jazzowym. Jak zrodziła się ta miłość?
M.B.Ł.: Miłość do jazzu przyszła trochę „odgórnie”, to znaczy jako gitarzysta bardzo chciałem iść na studia muzyczne, ale w tamtym momencie nie odpowiadało mi granie muzyki klasycznej. Sprawdziłem czy jest alternatywa i okazał się nią jazz. Paradoksalnie dość szybko spodobał mi się ten nowy świat i towarzyszy mi do dziś.
KK: A jaka muzyka towarzyszy panu prywatnie?
M.B.Ł.: Prywatnie jednak słucham bardzo różnych rzeczy, tak szeroko, jak tylko się da: od bardziej popowych Duy Lipy czy Aurory, przez alternatywę typu M83, Florence + The Machine i CHVRCHES do mocniejszych rzeczy (jak Bring Me The Horizon, Enter Shikari albo Rage Against the Machine). Oprócz tego lubię wygrzebać coś dziwnego i niszowego, np. Stolen Babies, Diablo Swing Orchestra, Jazzkamikaze albo Saint Pepsi i potem słuchać tego w kółko przez miesiąc.
KK: No to na koniec proszę powiedzieć, czy na powieściowym osiedlu pojawią się kolejne trupy?
M.B.Ł.: Wiadomo, jak jest z planami – natomiast obecnie równolegle planuję kolejną komedię kryminalną oraz coś ze świata fantastyki. Lubię mieć kilka projektów naraz (a najlepiej na różnych etapach rozwoju), bo kiedy znudzę się jednym, mogę od razu przeskoczyć do drugiego.
Rozmowę przeprowadził: Damian Matyszczak
Fotografia autora: Wydawnictwo FLOW
