© Kawiarenka Kryminalna
  • Recenzje
  • Konkursy
  • Zapowiedzi
  • Wywiady
  • Podróże
  • Relacje
  • Postacie
  • Różności

Logo Kawiarenki Kryminalnej, design: Damian Matyszczak.

  • Marta Matyszczak, Przepraszam, ja jużx nie żyję
  • Marta Matyszczak, Świadek śmierci nad Śniardwami

Precyzyjnie kadruję strach – wywiad z W. P. Rdzankiem

Dodał(a): Damian Matyszczak
Kategoria: Wywiady
Opublikowano: 20 marzec 2026
Odsłon: 69
Zdjęcie W.P. Rdzanka autora powieści "Algorytm"

„Algorytm” to brutalne uświadomienie sobie, że dzisiejsze zagrożenia nie zawsze noszą mundur i nie forsują granic czołgami. Czasem po prostu logują się do firmowego czatu z uśmiechniętym awatarem wygenerowanym przez sztuczną inteligencję.

Kawiarenka Kryminalna: W 2013 roku naukowcy z Cambridge odkryli, że wystarczy analiza około kilkudziesięciu polubień, które klikniemy w social mediach, by zbudować bardzo adekwatny profil osobowościowy użytkownika. Powieściowy ZEUS – omnipotentna wyszukiwarka dostarczająca służbom gotową listę przestępców wybranej kategorii - nie wydaje się w tym kontekście nader futurystycznym wynalazkiem.

W.P. Rdzanek: Ma pan rację, przywołując badania z Cambridge – dobitnie pokazują one, jak wiele zdradzają zostawiane przez nas ślady cyfrowe i jak łatwo na ich podstawie stworzyć precyzyjny profil każdego użytkownika sieci. Nasze codzienne zachowania i ich bezustanna, algorytmiczna analiza prowadzą do zjawiska, którego dziś wszyscy doświadczamy – zamknięcia w szczelnej bańce informacyjnej. Dostajemy dokładnie to, co lubimy i czym się interesujemy. Myślę jednak, że pragnienie analizowania ludzkich zachowań towarzyszy nam od stuleci. Zmieniła się jedynie skala i bezwzględna drapieżność stosowanych narzędzi.

Powieściowy ZEUS idzie o krok dalej niż skrypty profilujące nasze upodobania w mediach społecznościowych. W moim zamyśle jest to potężny system służący do brutalnej deanonimizacji. Jego głównym celem jest zrywanie zaawansowanego kamuflażu i identyfikacja cyfrowych drapieżników, którzy zadali sobie mnóstwo trudu, by pozostać niewidzialnymi.

Prawdopodobnie nie istnieje na świecie jedna, wszechpotężna wyszukiwarka z napisem „znajdź przestępcę”. Jestem jednak przekonany, że współczesne wywiady na co dzień korzystają ze złożonych systemów analitycznych, których celem, podobnie jak w przypadku ZEUSA, jest integrowanie tysięcy rozproszonych baz danych.

KK: Co zainspirowało pana do takiego rozwiązania fabularnego i na ile jest ono oparte o pana pracę zawodową?

W.P.R.: Dotyka pan sfery, która jest już za mną. Nie da się jednak wymazać lat specyficznych doświadczeń ani wyłączyć wyrobionych nawyków. Pozostał we mnie pewien określony, chłodny sposób podchodzenia do problemów. Dystans, analityczny rygor, metodyczna weryfikacja faktów i odruchowe dostrzeganie ukrytych powiązań w pozornie nieistotnym chaosie informacyjnym. To twardy fundament, na którym mogłem oprzeć architekturę fikcyjnego ZEUSA, zachowując pełną wiarygodność fabuły. Sama iskra zapalna przyszła jednak z zewnątrz. Wynikała z głębokiego oburzenia, jakie wywołały we mnie zeznania Marka Zuckerberga przed senacką komisją z końca stycznia 2024 roku. To właśnie wtedy, obserwując to przesłuchanie, zacząłem pisać „Algorytm”.

wp rdzanek

KK: Nad rozwojem przeglądarki pracuje główny bohater „Algorytmu” Karol Koppel. Ten zdolny polski programista przepada bez wieści. Czy groźby, szantaże, pozaprawne formy negocjacji stosowane wobec naukowców w sektorze technologicznym to jedynie popkulturowa wizja? Doświadczył pan takiego zachowania na własnej skórze?

W.P.R.: Odpowiadając całkowicie wprost: nie. Nigdy nie padłem ofiarą gróźb, nie byłem szantażowany ani nie doświadczyłem pozaprawnych nacisków. Środowiska zawodowe, w których funkcjonowałem, trzymały się jasnych standardów i dbały o rygorystyczną przejrzystość. Gdyby było inaczej, po prostu bym tam nie pracował. Zniknięcie Karola Koppela to zatem czysta wizja literacka, u której podstaw leży klasyczne pytanie napędzające każdą fabułę: „a co, gdyby to wydarzyło się naprawdę?”.

Choć w mojej codzienności nie było uzbrojonych porywaczy, wszyscy wiemy, że szpiegostwo przemysłowe czy bezwzględna ochrona własności intelektualnej to realne zjawiska. Jako autor mogę skupić się na tych sprawach, wykreować brutalne napięcia, puścić wodze fantazji i mocno wcisnąć gaz. Wszystko po to, by zbudować dla czytelniczek i czytelników surową, wciągającą historię, która zmusza do zastanowienia, gdzie w cyfrowym wyścigu kończy się korporacyjny ład, a zaczyna bezprawie.

KK: Koppel ma dość luźne związki z Polską...

W.P.R.: To postać celowo pozbawiona głębokich, terytorialnych korzeni. Ten błyskotliwy programista ma potrójne obywatelstwo – polskie, estońskie i amerykańskie – ale tak naprawdę jego jedyną ojczyzną jest sieć. Skonstruowałem go jako wyobcowanego cyfrowego nomadę, człowieka, który tożsamościowo nie jest przywiązany do żadnego państwa. Właśnie to czyni jego zniknięcie tak intrygującym z punktu widzenia thrillera. Kto bowiem z pełną determinacją upomni się o genialnego, ale samotnego człowieka, który w realnym, fizycznym świecie jest właściwie duchem?

KK: Czy widzi pan potrzebę prawnego uregulowania rozwoju i wdrażania sztucznej inteligencji?

W.P.R.: Mój stosunek do sztucznej inteligencji jest pozbawiony lęku przed buntem maszyn, tak chętnie eksploatowanym przez kino science fiction. Prawdziwe zagrożenie jest znacznie bardziej prozaiczne – to brak faktycznej kontroli nad technologicznymi gigantami. W „Algorytmie” pokazuję, jak łatwo połączyć ze sobą pozornie nieistotne cyfrowe ślady, by stworzyć przerażająco precyzyjny profil każdego z nas. Dlatego uważam, że restrykcje nie powinny hamować samego rozwoju algorytmów, lecz brutalnie wymusić przejrzystość ich działania. Pewną ciekawostką, ale być może w przyszłości również problemem staną się tak zwane „czarne skrzynki” – zamknięte systemy, w których sztuczna inteligencja podejmuje decyzje bez jakiejkolwiek możliwości prześledzenia tego procesu przez człowieka.

Jednak prawne regulacje działań podejmowanych przez potężne korporacje to zaledwie jedna strona medalu. Gdy mówimy o sztucznej inteligencji, wkraczamy na niezwykle grząski grunt praw autorskich i samej definicji własności intelektualnej. Niedawno przez media przetoczyła się burza wokół wystawy dyplomowej na wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie zaprezentowano pracę Justyny Kaźmierskiej „Tłuszczogród”, opartą na obrazach wygenerowanych przez algorytmy. To wywołało zażartą dyskusję i obnażyło potężny dylemat: czy w takiej sytuacji człowiek pozostaje pełnoprawnym autorem dzieła, czy staje się jedynie sprawnym operatorem i „właścicielem promptu”? Gdzie dokładnie przebiega cienka granica między martwym narzędziem a żywym twórcą?

KK: Zatem jakie restrykcje pana zdaniem są konieczne?

W.P.R.: Patrząc na to z analitycznym dystansem, wiem, że nie da się zadekretować ani ustawowo ograniczyć ludzkiej kreatywności. Prawdziwi artyści od zawsze wyłamywali się z obowiązujących kanonów, traktując nowe, nawet najbardziej kontrowersyjne technologie jako szansę na dokonanie przełomu. Algorytmy bezpowrotnie burzą stary porządek. Musimy się z tym po prostu zmierzyć, bo żadne, choćby najbardziej restrykcyjne prawo, tego nie powstrzyma. AI jest potężnym narzędziem, diametralnie różnym od dłuta czy pędzla, ponieważ samo analizuje, syntetyzuje i wytwarza treść poza pełną kontrolą operatora. Czy jednak można przypisać mu zdolność kreowania? Absolutnie nie. W istocie to wciąż tylko czysta matematyka, dążąca do wyplucia najbardziej prawdopodobnego wyniku. Jedynie człowiek jest naprawdę twórczy. I tak pewnie pozostanie.

KK: A jak w pana doświadczeniach sfera polityki czy szerzej administracji publicznej wypada w zderzeniu z rozwojem AI i zmianami technologicznymi? Prawo nadąża za tymi zmianami? Pomaga czy przeszkadza?

W.P.R.: Na co dzień nie zajmuję się bieżącą polityką czy analizą meandrów administracji publicznej. Z mojego doświadczenia i obserwacji wynika jednak jedna, dość uniwersalna i ponura prawda – prawo niemal zawsze pozostaje w tyle za rewolucją. Ono rzadko kreuje rzeczywistość, najczęściej jedynie desperacko próbuje za nią nadążyć.

Wystarczy spojrzeć na historię. Kiedy ponad sto lat temu na brukowane ulice wyjechały pierwsze, prymitywne samochody, prawo o ruchu drogowym po prostu nie istniało. Zostało wymuszone znacznie później przez rosnący, śmiertelny chaos. Identyczny mechanizm zadziałał w przypadku ochrony pracowników. W bezwzględnej erze rodzącego się w XIX wieku kapitalizmu nikt nie dbał o pojedynczego robotnika. Dzisiaj w halach produkcyjnych instaluje się zaawansowane systemy bezpieczeństwa mające wyeliminować wypadki przy maszynach. Ale zanim do tego doszło, zanim zmuszono fabrykantów do zmiany standardów, bardzo wielu ludzi zostało tragicznie poszkodowanych, a wielu niepotrzebnie zginęło.

Ale nie musimy szukać tak daleko, spójrzmy na rynek technologiczny i Daniela Eka, twórcę Spotify. Zanim zbudował swoje imperium, doskonale poznał mechanizmy piractwa internetowego, będąc choćby szefem μTorrenta. Kiedy dwie dekady temu sieć zalała fala nielegalnej muzyki, przemysł wytoczył najcięższe działa prawnicze. I co się stało? Prawo okazało się absolutnie bezradne. Przegrało z technologią, bo nie dało się pozwać milionów użytkowników. Nikt z dnia na dzień nie zmienił ustaw, by ratować rynek. To Ek zaproponował model streamingu, który po prostu skomercjalizował to, czego sądy nie potrafiły zatrzymać. Nowa technologia sama narzuciła swoje zasady gry.

Z dzisiejszymi, gwałtownymi zmianami technologicznymi i rozwojem sztucznej inteligencji jest dokładnie tak samo. Jesteśmy na etapie pierwszych samochodów pędzących po cyfrowej autostradzie, praktycznie bez żadnych ograniczeń. Prawo w tym momencie ani nie pomaga, ani zbytnio nie przeszkadza – ono po prostu jest bezradne wobec skali zjawiska. Przepisy w końcu się dostosują i zaczną regulować tę cyfrową dżunglę, ale obawiam się, że podobnie jak w przeszłości, najpierw będziemy musieli doświadczyć kilku naprawdę bolesnych, globalnych wypadków, by administracja znalazła jakieś rozwiązanie.

KK: Czy przewiduje pan sytuację, w której gatunek ludzki utraci kontrolę nad rozwojem modeli językowych i zaczną one żyć własnym życiem?

W.P.R.: Nie spędza mi snu z powiek wizja, w której pewnego dnia algorytmy nagle zyskują świadomość i postanawiają nas zdominować. Moja wiara w ludzki pragmatyzm, a przede wszystkim w fizyczne ograniczenia naszego świata, jest w tej kwestii decydująca.

Właściwie jedyny „bunt maszyn”, z jakim zmagam się czasami, to wściekły szum wentylatorów mojego własnego komputera, gdy zmuszam procesor do zbyt intensywnej pracy. I ten prozaiczny, irytujący dźwięk na biurku prowadzi nas prosto do sedna prawdziwego problemu. W powszechnej świadomości sztuczna inteligencja to jakiś nieuchwytny, eteryczny byt żyjący w cyfrowej chmurze. Prawda jest znacznie bardziej namacalna i surowa. Rozwój AI pochłania niewyobrażalne wręcz ilości energii elektrycznej oraz kolosalne zasoby wody, niezbędnej do nieustannego chłodzenia potężnych farm serwerów. To wciąż przemilczany koszt tej rewolucji. Uważam, że to nie wirtualne dylematy moralne zatrzymają ten bezkresny wyścig, ale właśnie brutalna ekonomia. Gdzieś na horyzoncie majaczy twardy limes – granica, po przekroczeniu której, nasze zasoby naturalne okażą się po prostu niewystarczające, by zasilić kolejne, coraz bardziej zachłanne modele. Zanim więc algorytmy zdążą zaplanować przejęcie nad nami kontroli, ludzkość z dużym prawdopodobieństwem zderzy się z potężną, energetyczną ścianą. To będzie ta nasza wtyczka, którą nieubłagana fizyka wyciągnie z gniazdka.

KK: Czy w trakcie kariery zawodowej pracował pan z informatykami/programistami z Korei Północnej? A może doświadczył pan efektów działań osławionych hakerów z KRLD, co stało się udziałem bohaterów „Algorytmu”?

W.P.R.: Na szczęście nigdy osobiście nie miałem do czynienia z północnokoreańskimi hakerami, a przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo. Nie zmienia to jednak faktu, że to, co opisałem w „Algorytmie”, nie jest wyssane z palca. Inspirację czerpałem z bardzo realnych, wręcz przerażających wydarzeń, które działy się tuż obok nas.

Mało kto dziś pamięta potężny skandal, który wybuchł w 2016 roku, gdy Gazeta Wyborcza i inne media ujawniły, że w Polsce – w sercu Europy – legalnie pracowali obywatele Korei Północnej. Budowali eleganckie osiedla w warszawskim Wilanowie czy spawali statki w stoczniach. Byli współczesnymi niewolnikami, z których reżim w Pjongjangu zdzierał większość wypracowanej pensji. Gdy ten proceder ostatecznie ukrócono, reżim po prostu zmienił metody. Niedawno wywiady donosiły, że Korea Północna masowo wysyła swoich obywateli do Rosji, bezczelnie omijając sankcje ONZ za pomocą fałszywych wiz studenckich.

Ale to, co najbardziej pasuje do technologicznego profilu mojej powieści, rozegrało się w Stanach Zjednoczonych. Amerykański Departament Sprawiedliwości rozbił potężne siatki północnokoreańskich informatyków. Ci ludzie, korzystając ze skradzionych amerykańskich tożsamości, zaawansowanych technologii deepfake i lokalnych pośredników tworzących dla nich „farmy laptopów”, zatrudniali się zdalnie w największych zachodnich korporacjach. Zarabiali miliony dolarów, które z zewnątrz wyglądały na legalne wypłaty, a w rzeczywistości omijały system i finansowały zbrojenia Kima.

Właśnie to jest esencja „Algorytmu” – brutalne uświadomienie sobie, że dzisiejsze zagrożenia nie zawsze noszą mundur i nie forsują granic czołgami. Czasem po prostu logują się do firmowego czatu z uśmiechniętym awatarem wygenerowanym przez sztuczną inteligencję.

KK: Istotną rolę w fabule „Algorytmu” odgrywa nomen omen muzyka. Pojawiają się na przykład ballady Nicka Cave`a czy muzyka poważna. Czy szum serwerowni współgra z muzyką barokową? Czy w pana pracy zawodowej i pisaniu książek muzyka odgrywa istotną rolę?

W.P.R.: Muzyka to dla mnie fundamentalny, nieodłączny składnik naszego człowieczeństwa. Często wracam myślami do melancholijnego monologu Andrzeja Poniedzielskiego, w którym w swoim unikalnym, smutno-zabawnym stylu sprowadził narodziny muzyki do pierwszego, świadomego uderzenia patykiem o patyk. Choć brzmi to anegdotycznie, kryje się w tym prawda o naszej nieustającej potrzebie odnajdywania pierwotnego rytmu.

Dziś odpowiednikiem tego rytmu jest chłodny, monotonny szum serwerowni. Zdecydowana większość programistów, owych najczęściej milczących architektów cyfrowego świata, spędza przed monitorami całe dnie z potężnymi słuchawkami na uszach. To nie jest wyłącznie mechaniczny sposób na odizolowanie się od otoczenia. W tej cyfrowej przestrzeni oni szukają harmonii. Kto wie, czy pisząc kolejne linijki skomplikowanego kodu, nie słuchają właśnie Vivaldiego czy Haendla, a może ballad Nicka Cave’a, próbując precyzyjnie uporządkować cały ten technologiczny chaos.

KK: W „Algorytmie jest też wirtuozka Olga Weiss ze swoją violą da gamba...

W.P.R.: To bezpośrednie echo bardzo konkretnej, wręcz surrealistycznej inspiracji. Dwadzieścia lat temu, w głuszy mazurskiej wsi, w starym, przepięknym gospodarstwie nad jeziorem, miałem niezwykłą okazję wysłuchać prywatnego i bardzo kameralnego koncertu. Zagrała tam Hille Perl i jej wówczas nastoletnia córka. Dźwięk dwóch violi da gamba w tak surowym otoczeniu był doświadczeniem absolutnie hipnotyzującym. Sama artystka – w czarnej kreacji, o bladej twarzy i kruczoczarnych włosach – wydawała się postacią zawieszoną między światami: jednocześnie ulotnie eteryczna i bezwzględnie twarda. Muzyka, którą wtedy wykreowały, była przeszywająca do szpiku kości. Uważam, że właśnie takimi głębokimi, osobistymi impresjami należy dzielić się z czytelnikami. To one nadają fikcyjnej opowieści realizmu.

KK: Przyznaje się pan do tego, że fascynuje pana fotografia – co też widać w pana mediach społecznościowych – piękne zdjęcia! Czy ten rodzaj uważności na detale przydaje się podczas pisania? Przekłada na tworzenie bardziej obrazowych scen?

W.P.R.: Bardzo dziękuję za tak miłą ocenę. To naprawdę budujące. Sztuki wizualne są mi zresztą niezwykle bliskie, na co dzień funkcjonuję w bardzo artystycznym domu – żona jest konserwatorem dzieł sztuki i sama przepięknie maluje, a córka tworzy niesamowite formy ceramiczne.

Fotografię zawsze traktowałem jako pełnoprawną kategorię sztuki, choć potrafię też docenić surowy, brudny reportaż. Uważam, że zasady komponowania obrazu – świadoma perspektywa, podział kadru, mocne i słabe punkty, a wreszcie wyostrzony detal – mają bezpośrednie przełożenie na architekturę sceny w powieści. Oczywiście jako piszący autor posługuję się zupełnie innym instrumentarium. Działam bezpośrednio na wyobraźnię czytelnika i nie mam ostatecznej kontroli nad tym, co dokładnie zobaczy w swoim umyśle. Ale właśnie w tych niedopowiedzeniach kryje się największa siła opowieści.

Jako fotograf czasami mam ochotę zatrzymać się na dłużej, zagłębić w niuanse gry świateł i cieni, szczegółowo opisać jakiś pojedynczy, z pozoru nieistotny przedmiot. I wbrew pozorom, to doskonale pasuje do gatunku. Najlepsze, chłodne skandynawskie thrillery udowadniają, że to właśnie ten gęsty od detali klimat dusi czytelnika najmocniej, chociażby u takich autorów jak Larsson czy Läckberg. W „Algorytmie” staram się łapać ten sam rytm – używać fotograficznych nawyków nie po to, by spowalniać akcję, ale by precyzyjnie kadrować strach.

wp rdzanek front

KK: Wkracza pan na literacki rynek z przytupem – z gotowymi trzema powieściami, które wszystkie ukażą się w tym roku. Widać, że jest pan dobrze przygotowany na tę przygodę...

W.P.R.: Z przytupem? To bardzo ładne określenie. Prawda jest jednak taka, że nic takiego nie wydarzyłoby się bez ogromnego zaufania ze strony Domu Wydawniczego REBIS. Kiedy pewnego czwartkowego popołudnia przeczytałem e-mail od prezesa Tomasza Szpondera, w którym napisał, że pierwszy tom przypadł mu do gustu i prosi o przesłanie pozostałych dwóch, wpadłem w euforyczny zachwyt, który zresztą trwa do dziś.

Dom Wydawniczy REBIS zawsze zajmował na mojej półce miejsce szczególne. W latach dziewięćdziesiątych zaczytywałem się książkami Williama Whartona z ich kultowej serii „Salamandra”, a na początku nowego milenium to właśnie oni wydali najlepszy, moim zdaniem, polski przekład „Diuny” – mojej absolutnie ulubionej powieści. Korzystając z okazji, chciałbym gorąco podziękować całemu zespołowi, bez którego trylogia „AI-Gent. Mroczne Kody” nie trafiłaby tak sprawnie do rąk czytelników, a w szczególności niezwykle profesjonalnej i empatycznej redaktor Agnieszce Horzowskiej oraz redaktorowi prowadzącemu Pawłowi Laskowiczowi.

KK: Co było dla pana największym wyzwaniem podczas pisania powieści?

W.P.R.: Jako debiutant musiałem po prostu poznać i rozkodować rzemiosło literackie. Na szczęście miałem wokół siebie świetnych specjalistów, których mogłem pytać o drogę. Podszedłem do tego z analitycznym chłodem – uważnie słuchałem, wyciągałem wnioski i wprowadzałem poprawki. Paradoksalnie, najtrudniejsze w pracy autora okazało się dla mnie... pisanie streszczeń. Zamknięcie skomplikowanej fabuły thrillera w sztywnym limicie jednej strony maszynopisu to brutalne ćwiczenie. Lakoniczność to tutaj stanowczo za mało, trzeba jeszcze zachować sens i napięcie.

KK: W takim razie, co przynosiło panu największą radość podczas tego procesu?

W.P.R.: Sam proces twórczy. Już dawno wypracowałem sobie własny, rygorystyczny rytm pracy. To żelazna dyscyplina, trzymanie się wyznaczonych ram czasowych każdego dnia i metodyczne pokonywanie kolejnych etapów, co pozwala mi na celebrację tych najmniejszych, codziennych sukcesów. To właśnie ten stały rytm napędza mnie najbardziej.

algorytm

KK: Znamy już tytuły kolejnych tomów trylogii, ich okładki i daty premier. Uchyli pan rąbka tajemnicy co do ich fabuły?

W.P.R.: To trochę tak, jakbym opisywał smak dania głównego i deseru, zanim na stół wjechały przystawki. Pozwólmy czytelnikom zaostrzyć apetyt samym „Algorytmem”. Mogę jednak zdradzić, że główna obsada pierwszego tomu powróci w „Akordzie” i „Artefakcie”. Każda z tych części to inna, wielowarstwowa opowieść, wprowadzająca nowe postacie i nowe, mroczne motywy przewodnie. Wszystko to jednak stanowi przemyślaną architekturę i ostatecznie zamyka się w jednym, wspólnym finale całej trylogii „AI-Gent. Mroczne Kody”.

Będzie mi niezwykle miło, jeśli ta intryga wciągnie czytelników na dłużej. Zwłaszcza że to wcale nie koniec mojej literackiej drogi. Pracuję już nad otwarciem zupełnie nowego rozdziału w tym uniwersum – cyklem „Genotyp”. W pierwszej powieści, „Pamięci Krwi”, będziemy mogli śledzić dalsze, nie mniej skomplikowane losy poznanych bohaterów, a druga część tej nowej serii, „Przemiana”, jest już na ukończeniu.

Rozmawiał: Damian Matyszczak

Fotografie: archiwum autora

Damian Matyszczak
Następna strona: Kryminały mają moc oczyszczającą i terapeutyczną – wywiad z Robertem Ostaszewskim Następna
  1. Jesteś tutaj:  
  2. Strona główna
  3. Wywiady
  4. Precyzyjnie kadruję strach – wywiad z W. P. Rdzankiem

Popularne

  • Strona główna
  • Królowa jest tylko jedna – Agata Christie
  • Herkules Poirot
  • Lisbeth Salander
  • Pisarz, który igrał z ogniem – Stieg Larsson

Podobne

  • Polski Mordor - Tomasz Sekielski, Sejf 3. Gniazdo Kruka
  • Rejs kryminalną Łodzią
  • Konkurs wraz z Gniazdem Kruka
  • Konkurs wraz z Minierem
  • Konkurs wraz z Bernardem Minierem!

Polecamy

  • Marta Matyszczak - Przepraszam, tu był trup
  • Marta Matyszczak, Kryminały pod psem
  • Marta Matyszczak, Kryminały z pazurem
Copyright © 2013-2026
Kawiarenka Kryminalna
Wszystkie prawa zastrzeżone
O nas Polityka prywatności Mapa strony Kontakt