Zdjęcie Ryszarda Ćwirleja.

Dziś ten, kto milczy, wyraża zgodę, i w ten sposób staje się współwinny niszczenia w Polsce demokracji. Nie zgadzam się z tym, co robi rząd, prowadząc politykę rozdawnictwa pieniędzy za poparcie wyborcze. Prezydent, wbrew własnym zapowiedziom, stał się notariuszem rządu. A kieruje tym wszystkim prezes, który chce żeby w Polsce było jak w Turcji.

Kawiarenka Kryminalna: Niedawno w tradycyjne męskie grono bohaterów swoich kryminałów wprowadził pan kobiety. Poczuł pan, że potrzeba świeżej, kobiecej krwi?

Ryszard Ćwirlej: Kobiety zawsze istniały w moich opowieściach, jednak w czasach, które opisuję w swoich książkach, możliwości i role, które pełniły, były mocno ograniczone. W latach dwudziestych i trzydziestych, mimo że w Polsce kobiety miały już prawa wyborcze – w czym byliśmy prekursorami – ich funkcje w społeczeństwie pojmowane były bardzo tradycyjnie. Kuchnia, rodzina i kościół to pola żeńskiej aktywności, które były powszechnie akceptowane. Wszystko, co wykraczało poza przyjętą normę, traktowane było jako przejaw „wyzwolenia”. W moich przedwojennych powieściach większość kobiet tkwi w tradycyjnych układach, ale pojawia się też trochę tych, które przekonane o swojej wartości, same wyznaczają swoje role.

KK: A w serii o milicjantach z Poznania?

R.Ć.: Tam kobiet również jest sporo. To były czasy, kiedy władze wmawiały wszystkim, że jest równouprawnienie. Jednak kobiety sprowadzane były do ról służebnych wobec męskiego świata. Sekretarki, maszynistki czy nawet traktorzystki wypełniały socjalistyczną codzienność, a uznaniem cieszyły się raz w roku, w Dniu Kobiet, kiedy dostawały kwiatka i po paczce rajstop.

O tym wszystkim mówiłem w swoich wcześniejszych książkach. Ale teraz w końcu przyszedł czas na kobietę, która nikomu niczego nie musi, i nawet nie chce, udowadniać. Ona zwyczajnie i bez wysiłku bierze sprawy w swoje ręce.

KK: Aneta Nowak, bo o niej mowa, wypełnia lukę po najbardziej znanym poznańskim milicjancie Teofilu Olkiewiczu, którego wysłał pan na emeryturę. Nie najgorszą, zważywszy jego upodobania. Jako właściciel pijalni „Świata wódek” ma nielimitowany dostęp do alkoholu, a i na brak żeńskiego towarzystwa nie narzeka. Czy teraz Teosiowi została już tylko rola pomocnicza w śledztwach, czy może zagra jeszcze pierwsze skrzypce?

R.Ć.: Teofil Olkiewicz to bohater, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Co prawda niewiele już jest w stanie zdziałać we współczesności, ale za to na pewno przypomni się jeszcze czytelnikom w latach osiemdziesiątych i nawet w sześćdziesiątych. Planuję kryminał, którego akcja rozgrywać się będzie w 1987 i kto wie, czy do pisania tej powieści nie zabiorę się jeszcze w tym roku.

Lata sześćdziesiąte obiecałem czytelnikom już jakiś czas temu. Jeszcze trochę mi brakuje do całej książki, ale skrzętnie zbieram wszelkie wydane tu i ówdzie opowiadania z czasów młodości Olkiewicza. To właśnie z nich powstanie, mam nadzieję, ciekawy zbiór, którego głównym bohaterem będzie Teofil, zaczynający swoją karierę w Milicji Obywatelskiej.

KK: Olkiewicz, Fred Marcinkowski, Mirek Brodziak czy Mariusz Blaszkowski mają w pana książkach w zasadzie równoprawną pozycję. Niemniej to właśnie Teoś jest ulubionym przez czytelników bohaterem. Czym ta postać zaskarbiła serca odbiorców?

R.Ć.: Może dzieje się tak, bo w każdym z nas trochę z tego Olkiewicza jest. To człowiek obdarzony rozlicznymi talentami i zapewne dlatego jest najbardziej lubianym z moich bohaterów. Ale jest też wielu, którzy idą dalej i uwielbiają go nie lubić. Olkiewicz powstawał przez lata, ewoluując na kartach kolejnych książek: od prostego chłopka roztropka i funkcjonariusza potwierdzającego prawdziwość dowcipów o milicyjnych idiotach, by wyrosnąć w końcu na polskiego Szwejka kryminału milicyjnego.

Można więc go uwielbiać, można go nie lubić, ale pewne jest, że nie można przejść obok niego obojętnie. Tak jak on nie przeszedłby obok otwartej butelki wódki, nie zainteresowawszy się nią. A ja po latach pracy z Olkiewiczem już wiem, że jest to mój produkt eksportowy i prędzej czy później powstanie jego pomnik. Jeśli nie z brązu, to przynajmniej w postaci gatunku wódki czystej marki Olkiewicz.

KK: Mimo że w najnowszej pana powieści, “Ostrej jeździe”, mamy już do czynienia z Policją, to powraca jej poprzedniczka MO, ale i Służba Bezpieczeństwa z jej sławetnymi teczkami. Pisze pan: „[…] są przecież ci wszyscy patriotyczni wariaci, którzy karmią się takimi pomyjami. Dla nich to jak świeże paliwo...”. Skąd bierze się fenomen nadzwyczajnego wpływu tematów sprzed kilkudziesięciu lat: donosów, esbecji i jej fabrykowanych dokumentów na sprawy bieżące?

R.Ć.: Te tematy wywołują najczęściej ci, który za czasów komuny siedzieli cicho i nic nie robili, bo wtedy nie mieli odwagi, by walczyć z systemem. Teraz, gdy odwaga staniała, wzięli się za rozliczanie autentycznych działaczy podziemia. Jest to żenujące, gdy teczki ze spreparowanymi przez SB aktami, które za czasów komuny miały niszczyć solidarnościowe podziemie, teraz wykorzystują ludzie, którzy próbują wspiąć się na pomniki po plecach prawdziwych bohaterów. Nie wiedzą, że człowiek siedzący na ramionach postaci ze spiżu zawsze będzie wyglądać żałośnie.

Ci, którzy ze strachu nie wsiedli do pociągu jadącego w kierunku historii, liczą na to, że da się ludziom wmówić, że to oni siedzieli w lokomotywie. Spreparowane przez SB teczki torują więc dziś drogę miernotom o historycznych ambicjach.

KK: Akta jednej z takich teczek publikuje w pana książce dziennikarz lokalnej gazety, postać luźno gospodarująca uczciwością i rzetelnością wymaganą w tym zawodzie. Czy ma jakiś pierwowzór?

R.Ć.: Dzisiaj wystarczy włączyć informacje nadawane przez pewną stacje telewizyjną, by się przekonać, że rzetelność i uczciwość dziennikarska to towary deficytowe. Tym bardziej mnie to porusza, bo jestem dziennikarzem i wykładowcą dziennikarstwa. Dlatego gdy od czasu do czasu włączam pewien informacyjny program, mam wrażenie, że znów znalazłem się w PRL-u, a z ekranu przemawiają do mnie nie dziennikarze, a funkcjonariusze - realizatorzy politycznych wytycznych. Najgorsze jest jednak to, że doceniając ich inteligencję, wiem, że oni muszą zdawać sobie sprawę, że są zwykłymi propagandystami. Przykre jest to, że na to się godzą i mogą żyć ze świadomością, że codziennie kłamią za pieniądze.

Ryszard Ćwirlej/fot. Adam Ciereszko

KK: Nie ukrywa pan stosunku do rządów tak zwanej „dobrej zmiany”. Jak na wyartykułowanie poglądów politycznych reagują czytelnicy?

R.Ć.: Nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś będę musiał zabierać głos w sprawach dotyczących mojego kraju na pozaliterackim terenie. Ale zostałem do tego zmuszony. Bo dziś ten kto milczy wyraża zgodę, i w ten sposób staje się współwinny niszczenia w Polsce demokracji. Nie zgadzam się z tym, co robi rząd, prowadząc politykę rozdawnictwa pieniędzy za poparcie wyborcze. Prezydent, wbrew własnym zapowiedziom, stał się notariuszem rządu. A kieruje tym wszystkim prezes, który chce, żeby w Polsce było jak w Turcji.

Nie zgadzam się i mówię o tym otwarcie, ale nie nawołuję do obalenia rządu siłą. Mówię ludziom, żeby poszli na wybory, by namawiali niezdecydowanych, by brali udział w manifestacjach w obronie demokracji. Bo uważam, że z tymi, którzy demokrację niszczą, trzeba walczyć w sposób zgodny z prawem w ramach porządku prawnego.

Nie wiem, czy moje zaangażowanie odbija się na liczbie moich sympatyków na Facebooku. Wiem za to, że wielu czytelników utożsamia się z tym, co mówię tam otwarcie i wspiera mnie w takich działaniach.

KK: À propos Facebooka. Ostatnio publikował pan tam tak zwane lepieje. Czy pokusiłby się pan o jeden dla czytelników Kawiarenki Kryminalnej?

R.Ć.: Lepieje układają się same, więc nie ma z nimi problemu. Byle tylko znaleźć odpowiedni klucz. Ten do Kawiarenki Kryminalnej wydaje się oczywisty:

Lepiej czytać kryminały

w Kawiarence Kryminalnej,

niż korzystać z gościnności

polskiej służby penitencjarnej.

KK: Powróćmy do losów Olkiewicza et consortes. Grupa ta doskonale funkcjonuje literacko w latach 80., przeniósł ją pan też do współczesności. Czy zabierze się pan także za burzliwe lata 90.?

R.Ć.: To czas, który doskonale pamiętam, więc podobnie jak okres PRL-u na pewno zostanie przeze mnie wykorzystany jako tło do kryminalnych opowieści. Zresztą już pierwszy krok został zrobiony. W powieści „Masz to jak w banku” moi bohaterowie wchodzą w lata dziewięćdziesiąte. Jest rok 89, trwają obrady Okrągłego Stołu, i nikt nie wie jeszcze, co czeka kraj za kilka miesięcy. Ale my wiemy, że wszystko dookoła się zmieni. Jak takiej zmiany nie wykorzystać w powieści kryminalnej?

KK: A co z lokacjami? W „Ręcznej robocie” częściowo przenosi pan akcję na Śląsk. Czy planuje pan jeszcze kiedyś wysłać swoich bohaterów w jakąś dalszą delegację?

R.Ć.: Śląsk zawsze będzie mi bliski, bo przeżyłem tam kawał swojego życia. W Katowicach skończyłem studia, mieszkałem w Siemianowicach, a na Bytkowie zaczynałem pracę w Aktualnościach TVP Katowice. Dlatego, jeśli pojawia się jakieś śląskie zaproszenie, zawsze z niego korzystam. Lubię wracać w te rejony, które doskonale znam i odkrywać zmiany, które dzieją się na naszych oczach.

We mnie cały czas tkwi ten Śląsk lat osiemdziesiątych. Gdy myślę o przyjeździe do Katowic, oczyma wyobraźni widzę dawny dworzec PKP, a nie to, co teraz stoi na jego miejscu. Wysiadam z pociągu i niby wiem gdzie jestem, ale przez chwilę muszę pomyśleć, dokąd iść. Moi bohaterowie, jeśli kiedyś jeszcze przyjadą do Katowic, nie będą mieli takiego kłopotu. Teofil Olkiewicz doskonale wie, jak z dworca dojść do Karczmy Słupskiej albo do restauracji Fregata.

KK: Pana powieści traktują o trudnych sprawach, toczą się w nich często mroczne śledztwa, jednak jednym z pana znaków firmowych jest też poczucie humoru. Czy nie sądzi pan, że trochę tego przymrużenia oka jednak brakuje we współczesnej literaturze gatunkowej, a autorzy nie chcą rozśmieszać w obawie, że zostaną uznani za niepoważnych?

R.Ć.: Niezwykle poważnie na świat patrzą politycy. A im bardziej są w tym patrzeniu poważni, im bardziej poważnie traktują wszystko dookoła, im poważniej o nim mówią, tym bardziej są śmieszni. Wielu współczesnych tak zatraca się w swojej powadze, że mam niekiedy wrażenie, że są uczniami wieczorowych kursów powagi dla polityków, prowadzonych w szkole marksizmu-leninizmu. Gdyby niektórych z nich postawić na trybunie partyjnego zebrania w 1983 roku i dać im przemawiać na przykład o opozycji, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że ich argumenty trafiłyby do audytorium partyjnego zebranego na sali, i co więcej, spotkałyby się z dużym zrozumieniem.

Ja takich analogii z czasów PRL-u, które wpisują się w naszą rzeczywistość, szukam, odkurzam je i oprawiwszy w ramki, wklejam do moich powieści. Okazuje się, że sceny na nich zbudowane to czysty Bareja. W tworzeniu tego rodzaju humorystycznych sytuacji odnajduję dużo przyjemności, a jeśli także czytelnikom to się podoba, to znaczy, że jako autor znajduję klucz do ich niewykorzystanych przez nikogo innego, zalegających gdzieś w zakamarkach głowy, pokładów dobrego humoru. Dziwię się, że jestem jednym z nielicznych pisarzy, którzy to robią. No ale wiadomo przecież, że łatwiej jest napisać niepoważną książkę kryminalną niż poważną książkę poetycką. I nagrody za takie pisanie są inne. Ja dostaję w nagrodę śmiech czytelników, a Bronka Nowicka Nike.

Ryszard Ćwirlej, "Ostra jazda", Wydawnictwo Muza SA

KK: Co nowego szykuje pan zatem dla czytelników?

R.Ć.: Sakramentalne pytanie na koniec wywiadu, budzące popłoch wśród niektórych moich kolegów, którzy za nic w świecie nie chcą zdradzić, nad czym pracują, bo może wyjść na jaw, że pracują nad czymś, co okaże się w konsekwencji czymś innym. Ja się jednak takich pytań nie obawiam, bo wiem, że jeśli zaplanuję kolejną część opowieści o Olkiewiczu, o przedwojennym policjancie Fischerze albo o współczesnej Anecie Nowak, to tak właśnie będzie i na pewno nie powstanie z tego epicka opowieść o miłości.

Mój plan na najbliższe miesiące jest już ułożony. Najpierw będzie kolejny Fischer. Prace nad tą książką właśnie trwają. Napisałem już tytuł: „Zaśpiewaj mi kołysankę”. Zawsze zaczynam od tytułu, a później do niego dopisuje całą resztę i przez jakieś pięćset stron wyjaśniam, dlaczego akurat taki tytuł wybrałem. Natomiast w okolicach przyszłorocznych wakacji czytelnicy mogą się spodziewać kolejnego spotkania z Teofilem Olkiewiczem. Tytułu jeszcze nie napisałem, bo nie wiem, jaki jest wynik śledztwa, w które Olkiewicz się zaangażował.

Rozmowę przeprowadził Damian Matyszczak.

Zdjęcia autorstwa Adama Ciereszki.

Ryszard Ćwirlej skończył socjologię na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Pracował jako dziennikarz w TVP Katowice, a później w TVP Poznań. W latach 2010-2016 pracował w poznańskim Radiu Merkury. Jest wykładowcą na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Krytycy uznali go za twórcę nowego gatunku literackiego – „kryminału neomilicyjnego”. Na podstawie swojej powieści “Ręczna robota” napisał serial słuchowiskowy (75 odcinków), zrealizowany przez Teatr Polskiego Radia. W 2015 roku jego powieść “Błyskawiczna wypłata” jako najlepsza miejska powieść kryminalna 2014 roku została nagrodzona Kryminalną Piłą. W 2018 roku za „Tylko umarli wiedzą” zdobył Nagrodę Wielkiego Kalibru oraz Nagrodę Czytelników Wielkiego Kalibru.. (mat. wyd.)

Recenzję "Ostrej jazdy" Ryszarda Ćwirleja znajdziecie TU.