Zdjęcie okładki powieści Winny Joanny Opiat-Bojarskiej

14. kwietnia nakładem wydawnictwa Słowne ukaże się najnowsza powieść Joanny Opiat-Bojarskiej "Winny". Kawiarenka Kryminalna objęła "Winnego" swoim patronatem i zaprasza do lektury fragmentu książki.

 

Wcześniej – sierpień 2019

– Wyjdę – Greta starała się nie unosić głosu, ale średnio jej to wychodziło.

– Nie musisz.

Marcin widział, że buzują w niej emocje. Wstała z fotela tak energicznie, że spadły z niego wszystkie poduszki.

– Muszę. I chcę. Kostek – idąc w stronę przedpokoju, minęła stojącego obok kominka męża – idę z psami.

– Gut, Grete. Załatwię to. – Musnął dłonią jej kręcone włosy.

– Daj nam dłuższą chwilę.

Coś tu miało się wydarzyć, ale Marcin nie wiedział co. Nie przepadał za Gretą, która na każdym kroku wywyższała się i opowiadała o swoim życiu w Niemczech i w Ameryce, gdzie jej ojciec przez wiele lat był niemieckim ambasadorem. Nigdy nie nazwała Marcina albo jego matki polaczkami, ale mógł się założyć, że tak o nich myślała.

– Ale przecież ona nie musi wychodzić. – Marcin rozłożył ręce. – Jest u siebie.

– Miło, że zauważasz, że ktoś jest u siebie, ale mógłbyś też widzieć, że kto inny nie jest.

– Chcesz mi coś powiedzieć?!

– Kostek! – krzyknęła z przedpokoju Greta, a jej głowa i karcące spojrzenie pojawiły się nagle w wejściu do pokoju. – Ubieram się. Pozwól mi przynajmniej wyjść w spokoju. Nie podnoście głosu przy psach, nie po to chodziliśmy z nimi do szkoły i poświęcaliśmy czas oraz energię, żeby budować z nimi zdrowe relacje, by teraz były świadkami takiej patologii.

„Patologia” – to słowo często padało z ust Grety. Zawsze brzmiało dziwnie i jakoś tak wyniośle. Wymawiała je z niemieckim akcentem, przedłużając „i” w nieskończoność. Marcin mógł się założyć, że odkąd wprowadził się do kamienicy przy Ogrodowej, bratowa zasypiała się i budziła z tym słowem na ustach.

Nie pasował do tego miejsca. Był normalnym mężczyzną w dżinsach i bluzie, który lubi proste przyjemności, prostą komunikację i proste wnętrza. Zamiast tego siedział w przestylizowanym pokoju w zadbanej kamienicy w centrum Poznania i patrzył na brata.

Kiedyś byli tak bardzo do siebie podobni, że można ich było ze sobą pomylić. Teraz wyglądali jak obcy ludzie. Marcin szczupły, a Kostek – napakowany. Nie mięśniami. Przekąskami, wykwintnymi obiadami, deserami, lunchami. Miał napuchnięte policzki, drugą brodę, którą próbował przykryć zarostem, i brzuch, którego nie były w stanie ukryć ani koszulki od Armaniego, ani szyte na miarę spodnie.

Stał oparty o kominek i uśmiechał się jak arystokrata spotykający się z plebsem. Za plecami miał dwa ogromne regały wypełnione książkami. Podczas ostatnich dwóch tygodni Marcin nigdy nie widział ani Kostka, ani Grety z książką, dlatego domyślał się, że księgozbiór miał jedynie wartość wizualną. Miał robić wrażenie na gościach odwiedzających państwa Rybackich.

Greta zawsze poruszała się jak dama. Już na pierwszy rzut oka można było się domyślić, że jest dzieckiem dyplomaty i że jej życie jest na pokaz. Mogłaby gościć angielską królową. Miała odpowiednie maniery i odpowiednią zastawę, by podać herbatkę i zabawić rozmową o niczym.

Nawet teraz, gdy stanęła w drzwiach, trzymając na smyczy swoje dwa sznaucery, wyglądała raczej jak dama z obrazu Leonarda da Vinci niż prawdziwa kobieta.

Kostek opowiadał kiedyś, że przodkiem ich psów był pinczer stajenny, który w XVIII wieku przyczynił się do zniszczenia ogromnej plagi szczurów. Wychwalał ich uwarunkowania genetyczne, które odpowiadały za to, że sznaucery rewelacyjnie pilnowały obejścia i dobytku.

Marcina to bawiło – do czasu. Gdy wprowadził się do brata i jego żony, przekonał się na własnej skórze, że psy traktują go jak intruza i zawsze mają go na oku.

– Nigdy mnie nie lubiła – powiedział, gdy usłyszał, że Greta zamyka drzwi. – Ani ona, ani jej psy.

– Kurwa mać, Marcin. Przeginasz. Ona ma imię. Margareta. Greta dla przyjaciół. I to nie są jej psy, tylko nasze. Podobnie jak to mieszkanie. Zwalając się nam na głowę, powinieneś uszanować to, że wszedłeś na obce terytorium, i dostosować się do reguł. Ale tobie dostosowywanie się idzie wybitnie opornie.

– Nie chodzi o dostosowywanie – zaprotestował – bo nie jestem jakimś tam obcym wędrowcem, chłopcem stajennym czy szczurem, którego należy przepędzić. Jestem członkiem rodziny. Twoją jedyną rodziną… Kuźwa, bratem! Nie mamy poza sobą nikogo innego.

– Może ty nie masz. Ja mam Gretę i jej rodzinę.

– I jej rodzina jest twoją, prawda? Jaśnie państwo ambasadorstwo, wiadomo, w taką rodzinę warto się wkupić. Ale w drugą stronę to nie działa?! Jej rodzina jest twoją, a twoja jej. Matka byłaby zła, gdyby wiedziała, że mnie odtrącasz.

– Matka od roku leży w grobie!

– Kostek, cholera jasna! Greta traktuje mnie jak intruza!

– Nie zmuszę jej do zmiany zdania… – Kostek rozłożył ręce.

– Najgorsze jest to, że traktuje mnie tak, bo ty tak robisz.

– Bo mnie wkurwiasz.

– Ty mnie też.

– I świetnie! Wyprowadź się!

– I świetnie – podchwycił Marcin.

Emocje sięgnęły zenitu. Całe dzieciństwo spędzili razem. Kłócili się, bili, a potem godzili. W ich dzisiejszej rozmowie było jednak coś, czego Marcin nie potrafił nazwać. Słownie dyskusja wymknęła się spod kontroli, ale emocjonalnie Kostek pozostawał obojętny. Jakby spokojnie realizował plan. Plan, który – jak domyślał się Marcin – został stworzony przez Gretę.

– Kurwa, Kostek, przecież dobrze wiesz, że nie mam dokąd iść. – Marcin starał się zapanować nad załamującym się głosem.

– Masz trzydzieści lat, młody. Jesteś dorosły i jeśli tylko zaczniesz szukać, to na pewno coś znajdziesz. Nie każę ci wyprowadzać się już teraz. Dziś jest szesnasty sierpnia. Dwa tygodnie ci wystarczą, żeby znaleźć jakąś miejscówkę.

– Nie musiałbym szukać miejscówki, gdybyś pomógł mi wrócić do…

– Przestań! – wrzasnął Kostek. Jego obojętne do tej pory oczy wypełniła wściekłość. – Nie zjebię sobie życia tylko dlatego, żebyś ty mógł wrócić do punktu, w którym już nie jesteś!

– Ty zjebać sobie nie możesz, ale ja oczywiście mogłem!

– Nie chce mi się z tobą gadać. Przestań szukać winnych. To nie ja. To ty jesteś winny wszystkich swoich życiowych niepowodzeń.

– Matka…

– Nie pierdol mi tu o niej! Mam swoje życie. Ty też musisz mieć swoje.

– Dlaczego mi to robisz?! Przecież jesteś moim bratem. Kocham cię i zawsze bym ci pomógł, gdyby…

– Nie. – Kostek machnął ręką, demonstrując, że nie chce tego słuchać. – Koniec dyskusji. Kochasz, bo nie masz gdzie mieszkać i chcesz, żebym zrobił dla ciebie coś, czego nie zrobię. Do drugiego września ma cię tu nie być. To dużo czasu. Bardzo, kurwa, dużo czasu. (mat. wyd.)