Zdjęcie okładki książki Karoliny Stępień Szczęście rodziny Marsdenów

26. sierpnia swoją premierę będzie miała powieść Karoliny Stępień pod tytułem „Szczęście rodziny Marsdenów”. Książka ukaże się nakładem Wydawnictwa LIRA pod patronatem Kawiarenki Kryminalnej. Zapraszamy do lektury fragmentu książki!

PROLOG

Chłopiec biegł przed siebie, a chłodne nocne powietrze wdzierało mu się do gardła, wypełniało płuca i wiązało oddech. Wszystkie mięśnie drżały od wysiłku, lecz nie zatrzymywał się ani na moment, nawet gdy ostre gałęzie czarnego bzu raniły go w twarz i odsłonięte ramiona. Musiał biec, biec, biec.

Odwieczny zdawał się być tuż za nim — perłowobiała maska w kształcie jeleniej czaszki, rozłożyste poroże porośnięte mchem i delikatnymi gałązkami bluszczu oraz smukłe, szybkie ciało wygięte w łuk.

Chłopiec widział go tylko raz.

Ten jeden, jedyny raz.

Spomiędzy koron drzew wyłoniła się Droga Mleczna, tak jasna z powodu odległych świateł miasteczka. Chłopiec nie przestawał biec, choć w półmroku ledwie widział własne dłonie — nawet gwiazdy nie potrafiły mu pomóc.

Otoczyły go olszyny, a wtedy młodzieniec potknął się i upadł, ryjąc palcami głębokie bruzdy w mokrej, bagiennej ziemi. Jęknął, gdy biodro eksplodowało mu bólem, przez chwilę nie mógł się ruszyć; gardło paliło go żywym ogniem, nie potrafił swobodnie odetchnąć, zupełnie jakby ktoś usiadł mu całym ciężarem na piersiach.

Był śmiertelnie przerażony.

Poczuł gorący oddech na karku, ale gdy się odwrócił, niczego nie zobaczył — tylko ciemny las pełen cieni. Wiedział jednak, że on tam jest.

Wstał i pobiegł dalej.

KSIĘGA PIERWSZA
ZANIM ODNALEZIONO
CIAŁO WUJKA MATTIASA
ROK 1996

ROZDZIAŁ 1

W Conetoe wszyscy uważali rodzinę Marsdenów za pechową. Clementine z całych sił temu zaprzeczała — jeśli nie słowami, to pięścią — w głębi ducha czuła jednak, że to prawda. Nie wiedziała natomiast, kiedy ów brak szczęścia w końcu ją dosięgnie.

Elenor pewnie znała odpowiedź — jej starsza siostra znała wiele odpowiedzi.

Właśnie nastało lato, parne i gorące, a w powietrzu niczym fatum wisiała burza. Clementine wyczuwała ją każdym fragmentem skóry, spoglądając w milczeniu na ciemnoniebieskie niebo, tak intensywne jak oczy ich ojca. Nie słyszała nic poza cykaniem świerszczy i dalekim, ledwie dosłyszalnym rechotem żab, a jej dusza rwała się do biegu. Trzy siostry były bardzo podobne do siebie, a jednocześnie zupełnie inne. Wszystkie miały brunatnobrązowe włosy i takiego samego koloru oczy, upstrzone plamkami zieleni, oraz ciemne, ziemiste skóry, na których słońce namalowało piegi. Wyglądały zupełnie jakby wyrosły z ziemi za domem.

Wszystkie trzy siedziały właśnie na skraju drogi i w milczeniu czekały na ojca, dobrze ukryte w cieniu jesionu; otaczały je łąka usłana białymi i żółtymi kwiatkami, cykady i zapach suchej trawy.

Najstarsza z sióstr — Elenor — na ogół ponura i poważna, pragnęła wyrwać się z Conetoe i wyruszyć gdzieś w poszukiwaniu pomyślności; w jej oczach często gościł smutek, ale czasem o nim zapominała. Najmłodsza, choć urodzona w tym samym roku co Clementine — Ginger — była tą milczącą, niemal melancholijną, słuchającą tego, co mają jej do powiedzenia drzewa. Plotła wianki i dekorowała nimi głowę. Średnia siostra — Clementine — była dzika jak wiatr targający konarami, równie szybka i zwinna; jeśli ktoś coś przeskrobał, równie dobrze można było obwinić za to ją.

Żar nieprzerwanie lał się z nieba. To miały być jed- ne z najgorętszych ferii ostatnich lat, ale siostry jeszcze o tym nie wiedziały — nie odzywając się do siebie, siedziały pod jesionem i wsłuchiwały się w cykady, raz za razem spoglądając w stronę wschodu, gdzie jezdnia znikała między polami.

Wtedy zobaczyły zbliżającą się drogą furgonetkę o barwie spłowiałej żółci, z kilkoma ciemniejszymi plamami w miejscach, w których odprysnął lakier. Szybko podniosły się z ziemi i zbliżyły do jezdni, aby ojciec ich nie przegapił.

Zatrzymał się, a one bez słowa wdrapały się na tylne siedzenie. Nie zadawał pytań, bo już nieraz wychodziły po niego w ten sposób — nie była to tradycja, lecz sporadyczna próba odegnania w jakiś sposób nudy.

W samochodzie panował zaduch, pomimo otwartych okien. Mężczyzna siedzący za kierownicą był spracowany: miał spracowane dłonie, zmęczone oczy i zaciśnięte usta. Na ogół niewiele mówił i jeszcze rzadziej się uśmiechał, dziewczęta lubiły jednak jego towarzystwo, bo w przeciwieństwie do swojej siostry nigdy nie wymagał od nich, aby były kimś, kim nie są. Nikt nie nazwałby go przystojnym, skórę miał zniszczoną od słońca i brunatne, krótko ścięte włosy przypominające kolorem ziemię. Jego oczy lśniły jednak błękitem, tak czystym i głębokim, że swego czasu uwiódł kobietę i spłodził z nią troje dzieci. Ginger pochyliła się i powiesiła na wstecznym lusterku wianek z kwiatów, który robiła, siedząc pod jesionem.

— Uschną i znowu zrobi się syf — mruknęła Elenor, choć być może wcale nie mówiła tego poważnie. — A ja będę go potem sprzątać.

Clementine prychnęła.

— Nieprawda. Tata otworzy drzwi i zmiecie je wiatr. Ginger zachichotała.

— Będzie ładnie pachnieć.

Elenor pokręciła głową i zmrużyła oczy, kiedy w twarz zaświeciło jej zachodzące słońce. Niebo już zaczęło czerwienić się nad lasem oddzielającym dom Marsdenów od miasteczka.

Aż dostrzegli i sam dom.

Budynek był już stary, ale większość śladów świadczących o jego wieku zakrywał dziki bluszcz; dookoła rosły akacje, kolorowe kwiaty i krzewy — jeśli nie znało się Ginger, łatwo było przeoczyć w ogrodzie jej rękę, mimo że to właśnie za jej sprawą dom tonął w zieleni, szczególnie latem. Liczył dwa piętra, jeśli brało się pod uwagę strych, miał drewniane podłogi jęczące nocą, a w powietrzu unosił się zapach minionych lat, które Marsdenowie spędzili między jego murami. Wymagał remontu, ale nikt nie miał na niego pieniędzy. Działkę otaczał drewniany płot z wiecznie otwartą bramą, a podjazd prowadzący pod same drzwi był tylko pasem wytartej z trawy ziemi. Za domem, w miejscu niewidocznym z drogi, stała szopa na narzędzia oraz stary volkswagen samba niezdatny do jazdy, bez kół, stojący na czterech cegłówkach, przerdzewiały i porośnięty akacją. A za nim, zaledwie kilka kroków dalej, wznosił się las — jako że w tym miejscu płot był zniszczony i tylko niewielki fragment pochylał się nad ziemią, las zdawał się być jeszcze bliżej; tylko kilka krzewów róż rosło na granicy. Wystarczyło jedynie wyciągnąć rękę.

I to właśnie dzięki niemu dziewczęta zapominały czasem, że pragnęły się stąd wyrwać.

W tej chwili nie myślały jednak o tym — wyskoczyły z samochodu i popędziły do środka, prześcigając się nawzajem, a ojciec powoli podążył za nimi. Powietrze było dziwnie nieruchome, duchota drażniła nozdrza. Mężczyzna zatrzymał się w połowie drogi i wzniósł oczy ku niebu, zupełnie jakby coś wyczuwał. Jakby coś się zbliżało.

Jego córki nie mogły jednak tego zobaczyć, bo właśnie wbiegły do holu, radośnie przeciskając się w progu i piskliwie obwieszczając reszcie domowników, że wróciły. Znalazły się w niewielkim pomieszczeniu wyłożonym boazerią, z którego wychodziło się do pozostałych części domu, w tym na wąską klatkę schodową z drewnianymi stopniami skrzypiącymi pod stopami. Zamiast jednak skierować się w jej stronę, a dalej do swojego pokoju mieszczącego się na piętrze, ruszyły do kuchni, gdzie zajrzały do garnka stojącego na kamiennej kuchni i z rozkoszą wciągnęły w płuca zapach zupy.

Clementine sięgnęła po miskę i napełniła ją po brzegi.

— Nie jest ciepła — mruknęła Elenor, dotykając dłonią garnka.

— A chce ci się grzać?

Jej starsza siostra już miała coś powiedzieć, gdy usłyszały jeszcze jeden głos należący do ich ciotki.

— Znowu się wymknęła i musiał przywozić ją ktoś z miasteczka — mówiła, a jej słowa były nieco zniekształcone z powodu oddzielającej ich ściany.

Dziewczyny znieruchomiały, nasłuchując.

— Było mi tak głupio...

— No to oddaj ją do domu opieki — mruknął ich ojciec i chwilę potem rozległ się stukot zrzucanych butów.

— Potrafię zająć się własną matką! — obruszyła się jego siostra.

Clementine bez trudu wyobraziła sobie zmarszczkę między jej brwiami i zadarty podbródek.

— A co mnie to interesuje? Ja bym się jej pozbył.

Siostry wymieniły spojrzenia.

— Ja nie jestem tobą — odparła ze złością ciotka. Jej głos zdawał się jeszcze bardziej przytłumiony, zupełnie jakby oddalała się od dziewcząt.

— No to gratuluję — warknął jej brat i wszedł do kuchni.

Jego córek już tu jednak nie było. Zabrały miski z chłodną zupą i ruszyły zjeść do volkswagena stojącego w ogrodzie. (mat. wyd.)