Okładka Gry pozorów Donny Lleon.

Komisarz Guido Brunetti strzeże porządku na ulicach Wenecji już od 25 lat. Z okazji tej rocznicy Oficyna Noir Sur Blanc opublikowała pięknie wydaną „Grę pozorów” - 23 już tom przygód włoskiego śledczego. Jest to powieść wręcz stworzona dla książkowych moli, szczególnie biorąc pod uwagę tematykę opisanego tu przestępstwa.

Ktoś powyrywał stronice z niezwykle cennych ksiąg zgromadzonych w weneckiej Bibliotece Merula. Po dokładniejszej inwentaryzacji okazuje się, że zostały także skradzione całe dzieła. Podejrzenia wezwanego na miejsce komisarza Brunettiego padają na amerykańskiego naukowca, który od trzech tygodni codziennie odwiedzał bibliotekę w celu przeprowadzania badań. Szybko wychodzi na jaw, że nazwisko, które podał przy rejestracji w placówce, jest fałszywe, a na jego rzekomo macierzystym uniwersytecie w Kansas nigdy o nim nie słyszano.

Brunetti prowadzi dość powolne dochodzenie, rozpytuje po mieście tego czy owego, ale i tak nie jest w stanie zapobiec morderstwu. Krąg podejrzanych zawęża się i w pewnym momencie staje się już jasne, kto ponosi winę. Nie znajdziecie tu drastycznych scen, pościgów, czy zapierających dech w piersiach zwrotów akcji. Nie jest to zarzut. To po prostu nie ten typ literatury.

Nieśpieszny rytm śledztwa odpowiada powolnemu trybowi życia, jakie prowadzi Brunetti. Zresztą nie tylko on. Zdawać by się mogło, że wenecjanie funkcjonują w innej czasoprzestrzeni niż reszta Zachodniej Europy. Oplecione kanałami miasto, wciąż nawiedzane przez chmary turystów, oddycha z ulgą, gdy mija sezon i można w miarę bez problemu przejść się wąskimi uliczkami. Komisarz w czasie pracy ma kilkugodzinną przerwę na spokojne zjedzenie obiadu, zapicie go winem, poprawienie kawą. Potem wsiada w tramwaj wodny i wraca na posterunek. A gdy przychodzi koniec jego służby, kieruje się do domu.

Brunetti jest nietypowym bohaterem kryminału, bo i nietypowi ludzie zamieszkują Wenecję. Na kartach powieści Donny Leon widać duże rozwarstwienie społeczne w mieście. Można tam spotkać biedaków, u których w sypialni zwisają gołe żarówki, ale i natknąć się na członków uprzywilejowanych, bogatych rodzin osiadłych w swoich palazzo, dla których pół miliona euro stracone przy jakimś interesie, to żadne pieniądze. Z tego drugiego kręgu wywodzi się żona komisarza, Paola. W tej postaci, nota bene, odnalazłam siebie. Gdzie pani Brunetti chce jechać na wakacje? Obojętnie, byleby miała święty spokój i mogła poczytać. Co robi Paola podczas przerwanej telefonem rozmowy z mężem? Szybko wyciąga spod poduszki książkę, żeby przypadkiem nie stracić trzech minut bez czytania.

„Gra pozorów” jest zresztą dedykowana książkoholikom. Troskę nad zniszczonymi czy zaginionymi tomami, szacunek, jakim darzy się woluminy, oddanie lekturze, mogą w pełni zrozumieć tylko ci, którym też w duszy gra szaleńcza miłość do literatury.

Brunetti jest więc bogaty (a przynajmniej jego żona jest). Zna się na sztuce, literaturze, czyta klasyków, interesuje się kulturą wyższą. Ubiera się elegancko, jada wykwintne posiłki (najczęściej przyrządzane przez Paolę). Zdaje też sobie sprawę z różnic klasowych, które po prostu przyjmuje się do wiadomości – zwykły ochroniarz nigdy nie będzie równy komisarzowi policji czy dyrektorce biblioteki.

Co ciekawe, Donna Leon jest Amerykanką, która od kilkudziesięciu lat mieszka w Wenecji. Swoje książki pisze po angielsku, są one tłumaczone na wiele języków, jednak autorka nie zgadza się, by ukazały się po włosku. Tłumaczy swą decyzję chęcią pozostania anonimową w swoim mieście. Być może też nie wszystkim Włochom spodobałoby się, że pisarka wytyka im różne przywary: korupcję w służbach publicznych, zepsucie Kościoła, zachłanność na pieniądze turystów, których lawinowy napływ niszczy zabytkową Wenecję.

Autorka co rusz wrzuca jakieś włoskie słówko, jednak całość przetłumaczona została z języka angielskiego. I to niestety widać. Pojawiają się zdania przełożone jeden do jednego – na przykład „wzięli łódkę”. Być może „they took a boat”, ale raczej „popłynęli łódką”.

Nie radzę też zasiadać do lektury na głodniaka. Opisy potraw spożywanych przez bohaterów sprawiają, że kiszki zaczynają grać marsza.

Jeśli nie macie akurat w planach wakacyjnej wyprawy do Wenecji, sięgnijcie po „Grę pozorów”. Poczujecie się, jakbyście byli tam naprawdę.

Donna Leon

Gra pozorów

przeł. Małgorzata Kaczarowska

Noir Sur Blanc

Warszawa, 2017

292 s.

Polecamy