Zdjęcie Klaudiusza Szymańczaka.

Uprzedzenia leżą w naturze człowieka. Tak działa nasz mózg. Nie jesteśmy jednak zwierzętami. Mamy rozum i powinniśmy z niego korzystać. Rasizm czy nacjonalizm są niezwykle uwodzicielskie, ale to brednie dla ludzi, którzy wierzą, że jak się urodzili z jasną skórą i nieco bardziej na północ, to są w czymś lepsi niż ci urodzeni na południu.

Kawiarenka Kryminalna: Skąd pomysł na książkę i postać protagonisty – nowojorskiego agenta FBI Johna Slade`a działającego też w Polsce?

Klaudiusz Szymańczak: Pomysł pojawił się sam w mojej głowie. Pierwsza myśl to martwy człowiek leżący na podłodze przy otwartym oknie. Otwarte okno gdzieś zniknęło, trup pozostał. Założenie było takie, żeby nikt nie wiedział kim jest ofiara ani jak zmarła. Z kolei nazwisko Johna Slade'a to pokłosie mojej fascynacji filmem “Zapach kobiety”. Co ciekawe uświadomiłem to sobie długo po tym, jak zacząłem pisać.

KK: Akcja pana debiutanckiej powieści pod tytułem “Negatyw” toczy się dwuwątkowo: w Polsce i w Stanach Zjednoczonych. Jak zrodziło się pańskie zamiłowanie Ameryką i jej kulturą?

K.S.: Zaczęło się to dawno temu, gdy byłem nastolatkiem. Wtedy też zostałem fanem brytyjskiej grupy Depeche Mode. Pojawiło się zainteresowanie językiem angielskim, kulturą krajów anglojęzycznych itd. Z czasem okazało się, że dość łatwo uczę się języków. Pewnie zabrzmi to dziwnie, jednak wierzę, że niemały wpływ na zainteresowanie akurat Ameryką miały opowieści pewnej starszej pani, która była moją sąsiadką, gdy chodziłem do przedszkola. Czasem przesiadywałem u niej, czekając na babcię lub rodziców, i ona opowiadała mi o tym, jak płynęła do Ameryki Batorym. To była kobieta bardzo prosta, nie posiadająca żadnego wykształcenia, jednak bardzo zaradna i, patrząc z perspektywy czasu, odważna. Naprawdę uważam, że te jej historie gdzieś mi w głowie zostały i wpłynęły na wybór mojej kariery.

KK: O których lokacjach lepiej się Panu pisało: o Warszawie czy Nowym Jorku i Wisconsin?

K.S.: Warszawę uwielbiam za to, że wstała z gruzów. To miasto jest dla mnie niesłychanie symboliczne. Za każdym razem kiedy jestem w Warszawie, czuję się świetnie, nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Na co dzień mieszkam w jej sąsiedztwie. Bardzo lubię pisać o naszej stolicy, zresztą o Nowym Jorku też. Zdaję sobie sprawę, że porównywanie Warszawy i Nowego Jorku jest karkołomne, ale dla mnie obydwa te miasta mają w sobie jakąś niesamowitą energię życiową. Żałuję tylko, że Warszawa nocą zasypia, podczas gdy Nowy Jork dopiero wtedy się budzi. Z kolei Wisconsin to Ameryka w romantycznej wersji. Przestrzeń, wolność, odludzia. Antyteza Nowego Jorku.

KK: Jest pan człowiekiem wielu talentów. Czy "Negatyw" to realizacja kolejnego marzenia, czy też planuje pan kontynuację przygody z pisaniem?

K.S.: Nie wiem, czy jestem człowiekiem wielu talentów, ale na pewno interesuję się wieloma rzeczami. “Negatyw” był realizacją ostatniego niespełnionego marzenia życiowego, ale nie ukrywam, że bardzo chciałbym zająć się pisaniem zawodowo. Do tego jeszcze daleka droga. Wszystko zależy od reakcji czytelników na debiut.

KK: No właśnie, czy trudno było zadebiutować?

K.S.: Miałem szczęście, że mój tekst trafił w ręce Joanny Salak z wydawnictwa Burda Książki. Debiutancka powieść rzadko kiedy jest od razu tekstem gotowym do druku. Pani Joanna do tego, czego dowiedziałem się podczas kursu w Maszynie do Pisania, dołożyła masę uwag istotnych z punktu widzenia wydawcy. Wyznaczyła kierunek, którym poszedłem. W końcowej fazie redaktorzy z wydawnictwa dodali kolejne sugestie i efekt można oglądać w księgarniach. Naprawdę dużo tym ludziom zawdzięczam. Dzięki nim ten debiut nie był drogą przez mękę. Wszystkim, którzy chcieliby zacząć pisać, szczerze radzę, aby skorzystali z pomocy fachowców, którzy znają branżę i jej realia.

KK: Jak długo powstawała powieść i co było dla pana najtrudniejsze podczas jej pisania?

K.S.: Całość zajęła jakieś trzy lata, ale przyznaję, że początki nie przypominały tego, co działo się później. Najpierw trochę zacząłem pisać, potem przerwałem. Ale tekst nie dawał mi spokoju, więc wracałem do niego. Całe przedsięwzięcie nabrało tempa, kiedy postanowiłem skorzystać z usług profesjonalistów i poddać się ich ocenie. Przy okazji po raz kolejny dziękuję Alinie Krzywiec i szkole pisania Maszyna do Pisania. A najtrudniejsze było znalezienie czasu na pracę twórczą.

KK: W takim razie, co sprawiło panu największą przyjemność podczas pisania?

K.S.: Niczym nieskrępowana wolność tworzenia i możliwość przelania na papier tego, co od dziecka tkwi w mojej głowie.

KK: Jak wyglądał research do powieści? Czy odwiedził pan wszystkie opisane w książce miejsca?

K.S.: Tak, oprócz ulicy Nieporęckiej w Warszawie, ale mam to zamiar wkrótce nadrobić. To ciekawe uczucie znaleźć się w miejscu, które potem ląduje na kartach twojej własnej powieści. Tak w zasadzie bywałem we wszystkich tych lokalizacjach prywatnie, nie myśląc jeszcze o pisaniu powieści. Wisconsin odwiedziłem wiele lat temu, kiedy po raz pierwszy pojechałem do USA.

KK: Kto był pierwszym czytelnikiem "Negatywu"?

K.S.: Jeśli pominiemy ludzi z branży, którzy pracowali nad wersją roboczą tekstu, to gotowy utwór jako pierwsza przeczytała moja żona Agata. Nie ukrywam, że było sporo tremy.

Szymanczak2

KK: Ile z Klaudiusza Szymańczaka ma agent federalny John Slade? Nie przypadkiem chyba Slade nosi ksywę "Filozof"?

K.S.: Strzępy. Mam wrażenie, że pisanie książki przypomina projektowanie i szycie ubrania. Zbierasz kawałki materiału i zszywasz razem. Jak Ci wyjdzie garnitur, to jesteś krawcem. Slade to jakaś synteza kilku moich doświadczeń, fascynacji filmowych, poglądów politycznych i zainteresowań filozofią. Jedyne, co ma zbieżne w stu procentach ze mną to światopogląd.

KK: Nowojorczyk Slade przysłany do naszego kraju przeżywa niemały dysonans poznawczy. A jakie uczucia towarzyszyły pańskim powrotom z wojaży po Ameryce?

K.S.: Dysonansu nie było. Raczej wrażenie, że wskoczyłem do książek, które czytałem o USA. To kraj bardzo ciekawy, różnorodny. Gorąco zachęcam każdego Europejczyka do odwiedzenia Stanów Zjednoczonych.

KK: Wędrując po Warszawie, Slade konstatuje dobitnie: "W kraju, w którym niemieccy faszyści wymordowali blisko sześć milionów ludzi, są neofaszyści?! Czy wyście na głowy poupadali?" (s. 62). Widzi pan szanse na rychłe uporanie się z tym problemem czy to jak z dyskryminacją rasową za Oceanem: praca na dekady?

K.S.: Obawiam się, że nigdy się z tym nie uporamy. Uprzedzenia leżą w naturze człowieka. Tak działa nasz mózg. Choć przecież nie jesteśmy zwierzętami. Mamy rozum i powinniśmy z niego korzystać. Faszyzm jest niezwykle uwodzicielski, ale to brednie dla ludzi, którzy wierzą, że jak się urodzili z jasną skórą i nieco bardziej na północ, to są w czymś lepsi niż ci urodzeni na południu. Rodzimy się wszyscy tacy sami. Umieramy różni, ale jak to ktoś kiedyś powiedział: po skończonej partii i król, i pionek do jednego wracają pudełka.

KK: Pracował pan w policji. Doświadczenie zawodowe pomogło w napisaniu powieści kryminalnej?

K.S.: To było bardzo dawno temu i z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że był to tylko epizod. Na pewno nie przeszkodziło, ale jakoś specjalnie też nie pomogło. Po prostu widziałem z bliska rzeczy, które wiele osób zna tylko z książek. Dowiedziałem się tam przede wszystkim tego, że sięganie po broń to absolutna ostateczność i strzelaniny w kryminałach to gruba przesada.

KK: Nie chciał pan kontynuować kariery policyjnej?

K.S.: Kilka razy żałowałem, że przerwałem pracę w policji. To naprawdę ciekawe zajęcie, ale na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych wyglądało to trochę inaczej niż dzisiaj. Teraz jest lepiej, pomimo że funkcjonariusze są wciąż skandalicznie źle opłacani. W mojej ocenie dlatego właśnie dochodzi do patologii w tej służbie. To naprawdę ciężka i niewdzięczna robota. Nie można do niej rekrutować przypadkowych ludzi, którym „policja życie ratuje", jak to czasem dało się słyszeć w koszarach.

KK: Co Pan czyta? Czy ma Pan swoich ulubionych autorów?

K.S.: Może się to wydać dziwne, ale kryminałów nie czytuję. Moim mistrzem jest Charles Bukowski. Człowiek, który jak nikt opisuje życie. Stephen King to inna bajka, ale jego również uwielbiam. Cesarz horroru, najtrudniejszego z gatunków w mojej opinii. Z bardziej klasycznych autorów sięgam po Steinbecka czy Dostojewskiego.

KK: Kogo widziałby Pan w roli agenta Slade`a w ekranizacji powieści?

K.S.: Ciekawe pytanie, ale to chyba nie moja liga jak na razie. Poza tym, jeśli ktoś chce ekranizować powieść to sam najlepiej wie, kto pasuje do roli głównego bohatera. Choć opisując komisarza Laurentowicza, miałem przed oczami pana Tomasza Kota.

KK: Czy John Slade powróci? Jeśli tak, to kiedy możemy się spodziewać kontynuacji?

K.S.: Jestem w trakcie pisania kolejnej części. Tym razem thrillera. Slade wystąpi w roli głównej, ale pojawi się też bohater znany z warszawskiego wątku „Negatywu”. Wydanie kolejnej części zależy jednak od powodzenia debiutu i decyzji wydawcy. Trzeba się pokornie poddać ocenie czytelników i recenzentów. Mogę zdradzić, że w drugim tomie spróbowałem spojrzeć okiem niewierzącego na znane w Kościele Katolickim nabożeństwo jak na scenariusz thrillera.

Rozmowę przeprowadził Damian Matyszczak

Klaudiusz Szymańczak, rocznik ’78. W przeszłości pruszkowski policjant. Służbę przerwał ze względu na studia politologiczne na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na UW, a potem amerykanistyczne. Od 2008 roku właściciel szkoły językowej Speak&Spell i nauczyciel angielskiego. Pracował w branży IT, pisał felietony m.in. dla Wirtualnej Polski. Nieustannie się dokształca: obecnie studiuje filozofię na University of London.

Jest miłośnikiem historii i kultury USA, co zaowocowało kilkoma podróżami, m.in. do Teksasu, Illinois, Wisconsin czy Nowego Jorku. Część miejsc, które zwiedził, stało się tłem wydarzeń w jego debiutanckiej powieści pt. „Negatyw”.

Od ponad dwudziestu lat jest wielbicielem twórczości Depeche Mode, od niemal dziesięciu – także Johnny’ego Casha. Od zawsze miłośnik sztuki nowoczesnej i rysunków z „New Yorkera”, jak również ciemnego piwa, espresso, sportów siłowych, bulterierów oraz starych amerykańskich filmów. (źródło – Burda Książki)

Polecamy