Jeden brat – Bartosz – żyje ponad stan i popada w długi w towarzystwie, w którym lepiej długów nie mieć, bo jest wyjątkowo skuteczne w ich egzekwowaniu (tyle że można przy okazji stracić sporo zdrowia, a odsetki rosną w zastraszającym tempie dzięki szefowi, który ma łeb jak matematyk). Drugi brat – Szymon – jest księdzem, a po godzinach wskakuje w kilt i podrywa przypadkowe bywalczynie barów. I on potrzebuje pieniędzy na swoje podboje, a z kurii takich zarobków nie wyciągnie, nawet gdyby wyjątkowo żarliwie się modlił.
Dopóki żyje dziadek Alojzy, wszystko wydaje się proste: dziadek zawsze sypnie groszem i wesprze osierocone dzieci (co z tego, że dorosłe). Bartosz i Szymon stracili rodziców w tragicznym wypadku – zasługują zatem na wsparcie. Tylko że dziadek Alojzy Stawicki ma dziewięćdziesiąt lat i właśnie umiera, a przed śmiercią porządkuje swoje sprawy – zarówno finansowe jak i te powiązane z własnym sumieniem i potrzebą odkupienia dawnych win.
Szymon i Bartek dostaną trochę pieniędzy, pod warunkiem, że wypełnią ostatnią wolę dziadka. To jednak nie będzie takie proste. Najsłynniejszy i nieuchwytny złodziej dzieł sztuki – a później filantrop i multimilioner – był przebiegły i sprytny, a do tego pomysłowy. Zadanie dla braci to zwrócenie właścicielom Wielkiej Trójki Stawickiego – czterech najważniejszych obrazów w polskiej historii sztuki.
Wszystkie jakimś sposobem weszły w posiadanie Alojzego, a teraz mają trafić z powrotem do swoich miejsc. Tyle tylko, że prawowici właściciele nie mogą się dowiedzieć, kto kryje się za akcją. Jakby tego było mało, o Wielkiej Trójce wiedzą nie tylko zwykli przestępcy i ich szefowie, ale też hierarchowie Kościoła. Wszyscy ostrzą sobie zęby na szybki majątek zamknięty w płótnach.
„Spadek po mojemu” to komedia kryminalna, w której Mieczysław Gorzka zabiera czytelników do lżejszej opowieści w stylu poszukiwania skarbów (albo raczej walki o te skarby). Unika powagi, unika prawdopodobieństwa – potrzebny mu tylko rytm akcji, dynamika i barwne pomysły.
Rezygnacja z przewidywalności sprawia, że czytelnicy będą się dobrze bawić przy lekturze. Czasami wprawdzie przydałoby się lepsze dopracowanie czy to charakterów postaci, czy to konkretnych scenek – bo aż prosi się o dodanie paru szczegółów – jednak ponieważ autor wybrał stawianie na tempo akcji, trzeba się liczyć z rozwiązaniami niekoniecznie pod pożeraczy książek.
„Spadek po mojemu” to książka, która nie ma na celu przeprowadzania analiz psychologicznych, a – szybciej – uwypuklanie komizmu dialogów czy sytuacji. I to autorowi całkiem nieźle wychodzi, zwłaszcza kiedy stosuje kontrasty w opowieści. Pojawia się tu nawet wątek obyczajowy, zarysowany delikatnie i trochę jakby autor wypełniał kolejny schemat z oczekiwań czytelników – ale trzeba przyznać, że pomysł na zakonnicę sprawdził się doskonale.
Jest jednak coś, co się bardzo nie sprawdziło i tu nawala wydawnictwo, a nie Gorzka. Korekta woła o pomstę do nieba: „obrzeranie się”, „spawa” do rozwiązania czy „bohater siknął głową” to może najbardziej jaskrawe i zabawne przykłady, ale jednocześnie najbardziej frustrujące – jest ich zbyt dużo, żeby je tu wyliczać i zbyt dużo, żeby przejść nad nimi do porządku dziennego. Szkoda, że książka dla szerokiego grona czytelników nie zasłużyła na staranniejsze dopracowanie – nawet lekkie gatunki potrzebują uważności przy opracowywaniu.
„Spadek po mojemu” to zatem powieść, którą wprawdzie czyta się dla rozrywki, ale w której rozrywka miewa zaskakujące realizacje.
Izabela Mikrut
Mieczysław Gorzka
„Spadek po mojemu”
Skarpa Warszawska
Warszawa, 2026
512s.
