Jamesa Pattersona wielu czytelników z automatu odrzuca – jako tego, który produkuje kryminały i powieści sensacyjne albo wręcz użycza swojego nazwiska rzeszom ghostwriterów. Tym razem Patterson na rynek wraca – już po raz trzeci – w duecie z Billem Clintonem, a to dla książki oznacza ni mniej ni więcej tylko podwójną reklamę. Skoro Bill Clinton – to będą intrygi z wyższych sfer.
W „Pierwszym dżentelmenie” dotarcie do szczytów władzy nie zaskoczy. Jest tu Madeline Parson Wright, pani prezydent reprezentująca Stany Zjednoczone. Pierwszy dżentelmen to jej wierny małżonek, Cole Wright – oddany i idealnie pełniący obowiązki partnera głowy państwa. Tyle że Cole jest oskarżany przez opinię publiczną o zamordowanie – przed kilkunastu laty – pięknej cheerleaderki. Można mu jeszcze dopisać odpowiedzialność za zniknięcie innej młodej studentki. A w czasie teraźniejszym najpoważniejszy zarzut wysuwa Brea.
Brea to dziennikarka śledcza, która pracowała nad rozszyfrowaniem sprawy cheerleaderki wraz ze swoim ukochanym, Garrettem – jednak Garrett zignorował kolejne ostrzeżenia (także siłowe) w swoim kierunku i obecnie zasila grono nieboszczyków przypisywanych Cole’owi. Sytuacja jest zatem poważna, chociaż Madeline nie daje wiary pogłoskom i zapewnia mężowi najlepszą opiekę prawną. Ufa mu i wie, że Cole nie byłby zdolny do popełnienia zbrodni. Tyle że w tym przekonaniu wydaje się być coraz bardziej osamotniona.
I tak czytelnicy otrzymują dwa śledztwa, które ogniskują się wokół Garretta. To on jest najmniej pomnikowy i najmniej papierowy – przedstawiony wprawdzie jako bohater wymarzony, ale niepozbawiony wad. Garrett nie daje się zastraszyć, drąży i dąży do poznania prawdy, walczy o dziewczyny, które same o siebie już nie zawalczą i nie poddaje się tam, gdzie wszyscy inni złożyli broń. A do tego jest szczęśliwie zakochany – dodatek, którego nie da się w kryminałach zignorować. Taki śledczy to skarb, nawet jeśli komuś potężnie bruździ. Pierwszy dżentelmen przy nim wypada jak marionetka, nie może decydować o sobie i nawet pobiegać może wyłącznie z obstawą i dokładnym planem.
„Pierwszego dżentelmena” Clinton i Patterson piszą bardzo esencjonalnie i ascetycznie jednocześnie. Rozdziały są tu wyjątkowo krótkie i służą jedynie przekazaniu czytelnikom kolejnych migawek. Akcja to teraźniejszość – pokazywanie sytuacji pierwszego dżentelmena i oskarżeń posyłanych w jego kierunku – oraz przeszłość (przedstawiana w retrospekcjach jako bardzo burzliwe tu i teraz). Miejscem akcji rządzą dopiski w tytułach rozdziałów, nie trzeba więc wiele, żeby czytelnicy zorientowali się, w którym uniwersum akurat się znaleźli. Na silne emocje pozwalają sobie twórcy w przypadku relacji Garretta i Brei – u Wrightów wszystko musi być zgodne z protokołem, nawet jeśli sytuacja należy do wyjątkowo szarpiących nerwy. Rzuca się w oczy nastawienie na akcję, na bieg wydarzeń i na związki przyczynowo-skutkowe, nie na pogłębianie psychologii postaci – więc jeśli ktoś ceni sobie powieści sensacyjne z dynamicznym tempem, zawiedziony nie będzie.
„Pierwszy dżentelmen” sprawia wrażenie książki bardzo surowej, ale większość czytelników sięgać po tę powieść będzie nie ze względu na literackość, a dla rozrywki płynącej ze śledzenia wydarzeń – a także z uwagi na możliwość podejrzenia kulis władzy: i tu nazwisko Clintona stanowić będzie wabik na odbiorców. Wszyscy, którzy liczą na sensacje z kierowania krajem, mogą dać się skusić opowieścią z kulis władzy – i nie ma znaczenia, jak bardzo autorzy odbiegną od realiów. Jest „Pierwszy dżentelmen” książką szybką i bogatą w intrygi na dwóch płaszczyznach. I paradoksalnie właśnie ta zwięzłość w opisach może przyczynić jej najwięcej fanów.
Izabela Mikrut
Bill Clinton, James Patterson
„Pierwszy dżentelmen”
przeł. Maciej Szymański
Dom Wydawniczy REBIS
Poznań, 2026
462 s.
