Fotografia Dominiki van Eijkelenborg

„To moja najbardziej osobista powieść. Pisanie tej historii było dla mnie podróżą w przeszłość, skokiem w wir wspomnień. Opisane miejsca mają dla mnie szczególne znaczenie i zostały w historii wykorzystane nieprzypadkowo.”

 

Kawiarenka Kryminalna: Pani najnowsza powieść pt. „Rzeczy, które robimy w ciemności” porusza problem zaginięcia dziecka. Znajdujemy w niej wnikliwie opisane mechanizmy prowadzenia poszukiwań oraz psychologię postaci, dotkniętych tak tragiczną sytuacją. Jak wyglądały przygotowania do opisania tego wątku?

 

Dominika van Eijkelenborg: Przede wszystkim zapoznałam się z podstawowymi procedurami w przypadku zaginięcia osoby małoletniej. Oczywiście zawsze zostawiam trochę przestrzeni dla autorskiej fantazji. Prześledziłam kilka nagłośnionych przez prasę przypadków zaginionych młodych osób w Holandii w ostatnim czasie. Interesowało mnie nie tylko to, jakie kroki podjęła policja, ale również to, jak zareagowała rodzina, z jakimi problemami się zetknęli, do czego się posunęli, by nagłośnić sprawę zaginięcia. Historie te bardzo mnie poruszyły, ale również uświadomiły, jak bezsilni są często bliscy zaginionych osób.

 

KK: Nagła utrata dziecka to traumatyczne przeżycie, sytuacja graniczna dla rodzica. Czy łatwo nabrać dystansu i oddzielić proces twórczy od własnych uczuć i doświadczeń rodzicielskich?

 

D.v.E.: Myślę, że nie da się całkowicie odciąć własnych uczuć, opisując tak dramatyczne wydarzenia. Pisząc tę powieść, miałam świadomość, że dla mnie jako matki zaginięcie dziecka byłoby najgorszym koszmarem. Gdybym poddała się własnej rozpaczy, uległa emocjom, nie dałabym rady skończyć pisania. Jednak w procesie tworzenia historii nie jestem sobą – jakkolwiek dziwnie to brzmi – przyjmuję osobowość moich bohaterów, wnikam w ich umysły tak głęboko, że zapominam siebie.

Pisząc powieść, nie zastanawiałam się, co zrobiłaby Dominika van Eijkelenborg, gdyby jej dziecko zniknęło bez śladu – to przerażająca i paraliżująca myśl, która uniemożliwia pisanie! Tworząc powieść, byłam Lią Kornmann, zupełnie inną kobietą, wyposażoną w inne psychologiczne mechanizmy niż ja sama. W ten sposób mogłam unieść temat zaginięcia dziecka.

 

KK: Powieściowi bohaterowie odczuwają uczuciowe rozterki, które są pokłosiem traum doświadczonych w przeszłości. W swoich książkach nie stroni pani od wiwisekcji ciemnych zakamarków ludzkiej duszy. Co panią najbardziej fascynuje w tym zakresie?

 

D.v.E.: Absolutnie wszystko! Począwszy od tego, co konkretnie czai się w ciemnościach duszy, kiedy i w jaki sposób ta ciemność zapadła oraz w jaki sposób dana osoba funkcjonuje, nosząc w sobie tę ciemność, na ile i jak ją zintegrowała i w jakim stopniu wpływa ona na życiowe wybory. Jak to się dzieje, iż niektórzy podnoszą się z traumatycznych wydarzeń, wychodzą z nich silniejsi, są w stanie przepracować traumy, podczas gdy inni przegrywają walkę z własnymi demonami. Znany psychiatra Bessel van der Kolk pisał, źe trauma powraca w formie reakcji, a nie wspomnienia. Możemy nie pamiętać, co nas mentalnie okaleczyło – jak człowiek, który doznał traumy jako płód – a mimo wszystko to pogrzebane, zapomniane lub nigdy nieuświadomione przeżycie może nadal kierować naszym zachowaniem! Ludzki umysł i dusza są absolutnie fascynujące. To kosmos – bezkresne źródło inspiracji!

 "Rzeczy, które robimy w ciemności", Dominika van Eijkelenborg

KK: W swoim pisarskim portfolio ma pani również powieść z wątkami science-fiction. Który gatunek powieściowy najbardziej pani odpowiada i przynosi najwięcej twórczej satysfakcji?

 

D.v.E.: Musiałam się chwilę zastanowić, którą z moich książek ma pan na myśli! Muszę się do tego odnieść, ponieważ pisząc „Tkanki”, nie miałam zamiaru stworzyć powieści z wątkiem science-fiction, a raczej zadać sobie i czytelnikowi pytanie: jak wiele wiemy o człowieku jako całości złożonej z ciała i duszy?

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że fenomen pamięci komórkowej jest nadal pseudonaukowym zjawiskiem. Nauka jednakże nie jest czymś stałym. Nauka jest niekończącym się pytaniem, na które odpowiedź ulega ciągłej transformacji. To, co wiemy dziś, jutro może być przestarzałym faktem. To, co wczoraj było pseudonauką, dziś jest potwierdzonym naukowo faktem. Proszę mi pozwolić przypomnieć, że odrzucenie w łonie matki jest uznanym przez psychologię i psychoterapię zjawiskiem, w którym ludzie cierpią z powodu traum przeżytych w łonie matki. Proszę to sobie wyobrazić! To też dzieje się na poziomie komórkowym! Płód nie rozumie przecież, co się dzieje i nie ma rozwiniętej świadomości – a mimo to świadomość i uczucia matki mają wpływ na jego rozwój oraz życie już poza łonem! Zachęcam również do zapoznania się z badaniami doktora Sama Parnii, dyrektora ds. intensywnej terapii i resuscytacji uniwersytetu NYU Langone School of Medicine w Nowym Jorku, który wraz ze swoim zespołem udowodnił, że świadomość żyje po tym, jak ciało ludzkie umiera. Te i inne fascynujące fakty z zakresu medycyny bardzo mnie inspirują i uświadamiają, jak niewiele wiemy. Ileż interesujących pytań nasuwa mi się na myśl!

A wracając do pytania. Tak naprawdę nigdy nie skupiam się na tym, jaki gatunek powieściowy wychodzi akurat spod mojego pióra. Zwykle pojawia się historia i domaga się napisania. To wydawca decyduje, jak zakwalifikować powieść, dzięki czemu nie muszę sobie nad tym łamać głowy. Mam bowiem świadomość, że moje historie są czasem trudne do zaszufladkowania. Mogę jednak powiedzieć, że fascynują mnie ludzkie emocje i intencje, życiowe dylematy i wybory. Pisząc, zawsze zadaję sobie pytanie: co jest tą tajemniczą siłą, która pcha nas w danym kierunku? Miłość? Trauma? Pamięć tkankowa? Nasza własna wola?

 

KK: Akcję powieści osadziła pani w Holandii, w prowincji Fryzja. To również miejsce, w którym pani mieszka. Jak wyglądał research topograficzny tych miejsc?

 

D.v.E.: Wiele z opisanych w powieści miejsc jest mi znanych z naszych rodzinnych wypadów. W trakcie tworzenia historii było mi czasem potrzebne konkretne miejsce. Tak było w przypadku jeziora, które stało się miejscem akcji ostatnich rozdziałów powieści. Nigdy nie byłam nad jeziorem De Groote Wielen pod Leeuwarden. Przy użyciu zdjęć satelitarnych dostępnych online mogłam precyzyjnie opisać to miejsce i wykorzystać je w powieści.

 

KK: Opisana w powieści stolica Fryzji – Leeuwarden – słynie między innymi z rozgrywającego się w niej turnieju układania kostek domino. Tu także urodziła się znana szpieżka i tancerka Mata Hari. Co jeszcze ciekawego można tam zobaczyć? Jak się żyje we Fryzji?

 

D.v.E.: We Fryzji żyje się spokojnie i trochę idyllicznie. Wiele tu uroczych wiosek, gospodarstw rolnych, małych miasteczek. Mieszkańcy Fryzji znani są ze swojej pragmatyczności. To ludzie trzeźwo myślący, ale wbrew panującym w Holandii stereotypom wcale nie sztywni, lecz weseli, uczynni, uprzejmi i gezellig – to holenderskie słowo nie ma prostego tłumaczenia w języku polskim, oznacza coś przytulnego, ciepłego, radosnego, towarzyskiego.

Leeuwarden jest największym miastem Fryzji. Dla mnie osobiście Leeuwarden to mniejsza i lepsza wersja Amsterdamu. Warto wybrać się na spacer uroczymi ulicami wzdłuż kanałów, przejść się parkiem De Prinsentuin, który powstał w 1648 roku i przez ponad 150 lat był zamknięty dla publiki. Znana w Leeuwarden jest wieża Oldehove, podobno bardziej krzywa niż ta w Pizie! W Leeuwarden znajdują się wspaniałe muzea, na przykład słynne Muzeum Ceramiki lub moje ulubione Muzeum Natury, niezwykłe miejsce dla młodszych i starszych, interaktywne muzeum, w którym można spędzić cały dzień i nigdy się nie nudzić! Warto zwiedzić Blokhuispoort – budynek, w którym niegdyś mieściło się więzienie, a dziś centrum kultury z kafejkami i galeriami.

 d v eijkelenborg

KK: Brzmi świetnie! Pochodzi pani z Suwalszczyzny, która również została sportretowana w powieści. Jakie aspekty tego miejsca sprawiają, że jest ono dobre do osadzenia w nim akcji książki?

 

D.v.E.: Suwalszczyzna jest przede wszystkim przepiękna i dzika. Wychowałam się w mieście, ale ulica, przy której mieszkałam, biegła wzdłuż Czarnej Hańczy. Była tam łąka, dziki sad, drewniane stare domy ze studniami. Okolice Suwałk to gęste lasy, jeziora, małe wioski. Magiczne, zapomniane przez świat miejsca. „Rzeczy, które robimy w ciemności” to moja najbardziej osobista powieść. Pisanie tej historii było dla mnie podróżą w przeszłość, skokiem w wir wspomnień. Opisane w powieści miejsca mają dla mnie szczególne znaczenie i zostały w historii wykorzystane nieprzypadkowo.

 

KK: Czy trudno jest łączyć wychowywanie dzieci z pracą przy książce? To zapewne wymaga szczególnej organizacji pracy? Jest jakieś ulubione miejsce, w którym pani pisze, rytuały z nim związane?

 

D.v.E.: Kiedyś wyobrażałam sobie, że gdybym była pisarką, tworzyłabym w domku nad brzegiem morza, w samotności i ciszy, wpatrzona we wzburzone fale. Moja pisarska rzeczywistość skonfrontowała te wyobrażenia: pisałam jedną ręką, karmiąc jednocześnie piersią, pisałam gotując zupę, pisałam po nocach. Łączenie pracy zawodowej, życia rodzinnego i pisania przypomina trudną sztukę żonglowania. Staram się trzymać wszystkie piłeczki w powietrzu, co wymaga sporo wysiłku. Mam w istocie ulubione miejsce do pisania. Jakiś czas temu kupiłam stary sekretarzyk, który sama odrestaurowałam, z pomocą przyjaciela zamontowałam w nim nowoczesne oświetlenie i to jest moje „święte miejsce”. Sekretarzyk można nawet zamknąć na klucz, ale nie jest to konieczne, ponieważ w naszym domu wszyscy wiedzą, że biurko mamy to strefa „zakaz wstępu”. To jest również mój ulubiony mebel w domu!

 

KK: Ma pani bardzo oryginalne hobby - łucznictwo. Jak zrodziła się ta pasja?

 

D.v.E.: Zaczęło się od patyka i gumki wyciętej z majtek. Zainspirowana serialem „Robin z Sherwood”, postanowiłam z braku innych możliwości sama skonstruować łuk. Miałam wtedy może osiem, a może trochę więcej lat, ale zamiłowanie do lasów, łuków i strzał okazało się nigdy nie zestarzeć. Pewnego dnia, już jako mama dwójki dzieci, w lokalnej gazecie odkryłam wzmiankę o stowarzyszeniu łuczniczym w moim miasteczku. Parę miesięcy nosiłam w torebce wyrwaną z gazety stronicę, aż pewnego dnia odważyłam się pójść na zajęcia. Jakiś czas potem stałam się dumną właścicielką łuku – tym razem z prawdziwą rękojeścią i cięciwą zamiast patyka i gumki od majtek. Wraz z przyjaciółmi założyłam nowe stowarzyszenie łucznicze Orion, w którym przez jakiś czas pełniłam funkcje przewodniczącej. Dziś niestety nie strzelam – z braku czasu i obostrzeń covidowych, ale na pewno wrócę do tej pasji, jak tylko to będzie możliwe! Łucznictwo to piękny sport, w którym łucznik rywalizuje z samym sobą. Wymaga koncentracji i opanowania, świadomości własnego ciała. Trochę jak joga, którą również praktykuję.

 

KK: A po jakie powieści lubi pani sięgać jako czytelniczka?

 

D.v.E.: Zdecydowanie lubię powieści psychologiczne – obyczajowe lub thrillery. Nie przepadam za brutalnymi i krwawymi scenami, to nie jest rodzaj adrenaliny, której szukam w książce. Lubię, gdy historia stymuluje mnie do myślenia, gdy przedstawia jakiś dylemat i zmusza do zadania sobie pytania: co ja zrobiłabym w takiej sytuacji. Na moich półkach królują powieści duetu podpisującego się jako Nicci French, ale z równą a może nawet większą przyjemnością przeczytałam wszystkie powieści Nicci Gerrard, która jest kobiecą siłą w tym duecie. Uwielbiam epickie powieści Nicholasa Evansa oraz dramatyczne historie Jodie Picoult. Książka, nad którą płakałam, to „Zaklęci w czasie” Audrey Niffenegger. Chętnie sięgam po serię historycznych powieści fantasy Diany Gabaldon, na których oparty jest serial „Outlander” – przenoszą mnie w magiczny świat, w który chętnie uciekam od rzeczywistości. Czytam też często holenderskich pisarzy. Ostatnio była to psychologiczna powieść Esther Verhoef, a obecnie zmagam się z książką „De vierde dimensie. Toeval bestaat niet” („Czwarty wymiar. Przypadek nie istnieje”) H. P. Roela.

 

KK: Jak, z pani obserwacji, wygląda holenderski rynek wydawniczy? Czy różni się pod jakimś względem od polskiego? Holendrzy czytają więcej niż Polacy?

 

D.v.E.: Jakże mi trudno odpowiedzieć na to pytanie! Głównie dlatego, że nie orientuję się zupełnie w kwestiach rynku wydawniczego – tak na marginesie, nawet polskiego. Siedzę sobie przy małym biurku na holenderskiej prowincji, wymyślam historię, jeśli okoliczności sprzyjają, to udaje mi się ją spisać, a kiedy jestem z niej w miarę zadowolona, przesyłam ją drogą mailową do mojej wspaniałej pani agentki, która reguluje wszystkie niezrozumiałe dla mnie sprawy. I tym sposobem wszelkie pytania o rynek wydawniczy wprawiają mnie w konsternację, ponieważ ja umiem jedynie wymyślać historie i nie znam się na biznesie! Mogę za to powiedzieć, że Holendrzy czytają faktycznie sporo i tak naprawdę z każdym można tu porozmawiać o książkach!

 

KK: Porozmawiajmy więc o pani przyszłych książkach. Nad czym pani obecnie pracuje?

 

D.v.E.: Chciałabym powiedzieć, że nad czymś pracuję, ale nie wiem, czy to odpowiednie słowo. Zdradzę może tyle, że faktycznie przygotowuję nową historię, noszę ją w sobie, zbieram notatki. To jest ta faza pracy nad powieścią, kiedy wszystko się jeszcze może zdarzyć, ale fundament fabuły już jest. Akcja powieści będzie związana z terenami jezior Oostvaardersplassen, które należą do Parku Narodowego Nowy Ląd w Holandii. Obszar ten jest już od wielu lat przedmiotem sporów w holenderskim społeczeństwie. Co roku w okresie zimowym toczą się tu walki o prawo do dokarmiania umierających z głodu zwierząt. Stada bydła żyjącego na tych terenach z każdym rokiem są coraz większe, ale w okresie zimowym nie ma tam wystarczająco dużo pożywienia. Obrońcy przyrody protestują i organizują nielegalne akcje dokarmiania, podczas gdy leśniczy odpowiedzialni za teren parku odmawiają ingerowania, do momentu gdy zaczyna się odstrzał najsłabszych osobników. Ten konflikt stanie się tłem mojej nowej powieści, w której główne role będą grali dwaj bracia: każdy z nich po przeciwnej stronie barykady. Chciałabym, aby była to powieść o prawie do życia oraz o prawie do śmierci. Co z tego wyjdzie, jeszcze trudno powiedzieć.

 

Rozmowę przeprowadził: Damian Matyszczak

Fotografia: Dominika van Eijkelenborg