Zdjęcie Joanny Dulewicz fot. Daniel Gołębiowski

„Gdy o czwartej nad ranem przychodził mi do głowy pomysł na napisanie kolejnej sceny, musiałam dokonać wyboru: pójść wreszcie spać, czy pracować dalej.”

Kawiarenka Kryminalna: Pani Joanno, wygrała pani konkurs na najlepszą powieść kryminalną organizowany przez Czwartą Stronę Kryminału. Konkurencja była ogromna, a to właśnie pani tekst został uznany za najciekawszy. Jakie towarzyszą pani emocje w tych premierowych dniach?

Joanna Dulewicz: Emocje są ogromne. Wciąż oswajam się z tą nową dla mnie sytuacją. Nie przypuszczałam, że to mój tekst zwycięży w konkursie Czwartej Strony. Właściwie do samego końca nie byłam pewna, czy w ogóle powinnam zgłaszać go do konkursu. Teraz, kiedy trzymam w dłoniach swoją książkę, czuję się naprawdę wzruszona. Niemal każdego dnia otrzymuję też gratulacje od przyjaciół i znajomych. To bardzo miłe.

KK: Książka doszła do księgarskich półek drogą dość niestandardową. Zazwyczaj autor wysyła swój tekst do wybranych wydawców, a potem czeka w nerwach na odpowiedź. Czy pani zdaniem ta konkursowa droga do debiutu była łatwiejsza, czy wręcz przeciwnie?

J.D.: Myślę, że łatwiejsza. Przede wszystkim, konkurs stanowił dużą motywację do działania. W moich szufladach od dawna zalegają notatki, opisy rozmaitych scen, fragmenty, których nigdy nie udało mi się spiąć w całość. Gdyby nie konkurs, zapewne jeszcze długo nie podjęłabym się stworzenia projektu od początku do końca. Co za tym idzie, nie podjęłabym próby nawiązania kontaktu z wydawcami.

To właśnie chęć udziału w konkursie była dla mnie impulsem do działania. Obyło się też bez nerwów i wyczekiwania na odpowiedź. Nie liczyłam na wygraną, więc nie sprawdzałam też wyników konkursu. Gdyby nie mail z wydawnictwa, zapewne jeszcze długo nie wiedziałabym, że to właśnie moja powieść zwyciężyła.

KK: „Zakłamani” to kryminał z nieśpieszną akcją, wyważoną fabułą, bez zbędnych, przerysowanych fajerwerków. Czy właśnie takie powieści gatunkowe lubi pani czytać? Jakie są pani inspiracje literackie?

J.D.: Bardzo lubię czytać historie, które – przynajmniej teoretycznie – mogłyby wydarzyć się naprawdę. Wiem, że wielu ludzi, zwłaszcza bardzo młodych, szuka w kryminałach sensacji, fajerwerków, niesamowitości. Ja wręcz przeciwnie. Pociągają mnie zagadki, niejednoznaczności, wyłuskiwanie prawdy spośród mnóstwa mniej lub bardziej znaczących elementów intrygi oraz to, jak przeszłość oraz psychiczne predyspozycje poszczególnych osób wpływają na ich działania.

Zresztą podobnie jest w życiu. Praca policjantów i prokuratorów bardzo często wiąże się z takim właśnie powolnym odkrywaniem prawdy. Zdarza się, iż zmuszeni są przeanalizować szereg danych, i zbadać wiele wątków, z których jedynie nieliczne mogą faktycznie przyczynić się do rozwiązania sprawy. W taki właśnie sposób chciałam stworzyć „Zakłamanych”. Zależało mi, by moja książka nie była odrealnioną bajką, ale aby skłaniała do refleksji. Chciałam, by czytelnik musiał kilka razy przerwać lekturę, przemyśleć to, co się wydarzyło, i zadać sobie pytania: „dlaczego właśnie tak?”, „z czego to wynika?”.

Jeśli idzie o moje literackie inspiracje, to przyznaję, że od lat czytuję kryminały. Sięgam przede wszystkim po polskich autorów. Jednak przed przystąpieniem do pisania „Zakłamanych” pozwoliłam sobie na kilka tygodni czytelniczej abstynencji. Nie chciałam bowiem, by tematyka innych książek czy indywidualny styl jakiegokolwiek autora wpłynął na moją pracę.

joanna dulewicz main fot daniel gołębiowski

KK: Wielu aspirujących autorów z pewnością przygląda się pani sukcesowi i zastanawia się, jaki jest ten pisarski świat od kuchni. To dopiero początek pani drogi, ale czy już teraz mogłaby pani powiedzieć, jak wygląda zderzenie pani przewidywań odnośnie wydawniczych realiów z rzeczywistością?

J.D.: Wciąż owe realia poznaję. Uczę się tego, jak funkcjonuje rynek wydawniczy. Do tej pory publikowałam w czasopismach i monografiach naukowych. Dlatego też orientuję się, jak długo trwa proces wydawniczy, jak wyglądają związane z nim procedury. W przypadku beletrystyki jest oczywiście trochę inaczej. Dlatego bardzo się cieszę, że w razie pytań czy wątpliwości mogę liczyć na wsparcie ekipy Czwartej Strony.

KK: W „Zakłamanych” pojawia się kilka bliskich nam w dzisiejszych czasach tematów. Na przykład ofiarą jest Ukrainka. Czy kryminał powinien być zwierciadłem aktualnych realiów społecznych?

J.D.: To zależy. Kryminał nie jest gatunkiem jednorodnym, istnieje kilka jego odmian. Dlatego też spektrum zagadnień, które mogą zostać poruszone, jest naprawdę szerokie. Tak jak wspomniałam wcześniej, ja lubię historie, które choć trochę wpisują się w doświadczenia statystycznego Kowalskiego. Skoro zatem każdego dnia słyszymy doniesienia o takich czy innych społecznych problemach, to pomyślałam, że warto odnieść się do nich w powieści.

KK: Fabuła pani powieści jest pełna zaskoczeń. Jak od strony technicznej wyglądała praca nad książką?

J.D.: To był proces. Zaczęłam od zgłębiania tajników gatunku, studiowania stosownych opracowań teoretycznoliterackich. Następnie sięgnęłam po prace z zakresu kryminalistyki. Czytałam także odnośne ustawy i rozporządzenia. Później zaczęłam kreować bohaterów oraz zastanawiać się nad osadzeniem akcji w konkretnym miejscu i czasie. Pisanie stanowiło etap końcowy i muszę przyznać, że była to już czysta przyjemność.

KK: Jakie aspekty są dla pani jako autorki, ale i czytelniczki, ważne w powieści gatunkowej: istotny temat, język i styl czy może sama zagadka?

J.D.: Wszystkie te aspekty są bardzo ważne. Czytałam wiele książek, nie tylko kryminałów, w których ciekawy temat uległ rozproszeniu czy wręcz banalizacji ze względu na niedostatki językowe. Czytałam i takie, w których temat już dość mocno wyeksploatowany nabrał nowego, ciekawego zabarwienia właśnie dzięki warstwie językowej. Fakt, iż język kreuje rzeczywistość nabiera w przypadku pracy literackiej znaczenia szczególnego. Wiąże się to oczywiście z idiostylem danego autora.

Książki jednych czytamy chętniej, po utwory innych sięgamy rzadziej. To naturalne. Bywa też, że jesteśmy na takim etapie życia, w którym mamy potrzebę odnalezienia w utworze czegoś konkretnego, na przykład intrygującego sposobu rozwikłania zagadki, podczas gdy za kilka lat bardziej będzie nas interesowało nieszablonowe potraktowanie głównego tematu czy gra z konwencją.

KK: W swojej książce wprowadza pani czytelnika w meandry funkcjonowania polskiej służby zdrowia. Skąd pomysł, by poruszyć właśnie taką tematykę?

J.D.: Podobnie jak w przypadku decyzji o osadzeniu akcji w województwie świętokrzyskim, tak i tu chciałam przedstawić realia, które są mi dobrze znane. Pracowałam przez jakiś czas w szpitalu, prowadziłam zajęcia z języka angielskiego dla personelu medycznego i niemedycznego, zajmowałam się też pracą administracyjną. Uznałam, że mogę z powodzeniem przekazać część moich spostrzeżeń jednej z bohaterek „Zakłamanych”.

KK: Pokazuje pani klimat małego miasteczka: powiązania panujące między mieszkańcami, księża i Kościół jako naturalny element codziennego życia, pewne skrócenie dystansu między ludźmi. Dlaczego wybrała pani właśnie takie tło do swojej fabuły kryminalnej?

J.D.: Akcja wielu powieści kryminalnych rozgrywa się w miastach i to najczęściej dużych. Chciałam przełamać ten schemat. Wsie i małe miasteczka mogą być, moim zdaniem, równie intrygujące, a panujące w nich stosunki międzyludzkie niejednokrotnie są odwzorowaniem funkcjonowania społeczeństwa w ogóle – tyle że w skali mikro.

Z drugiej strony zależało mi na pokazaniu różnic i kontrastów pomiędzy miastem i wsią, bo takowe też występują. Bywa, iż to co w ramach pewnej społeczności postrzegane jest jako zaleta, w innej będzie odebrane jako wada. Znamienne w tym kontekście wydają się słowa Zofii Nałkowskiej: „Jest się takim, jak miejsce, w którym się jest”. W swojej powieści eksploruję to zagadnienie.

KK: Co było dla pani najtrudniejsze przy pisaniu pierwszej powieści, a co sprawiło największą radość?

J.D.: Wszystko sprawiało mi radość! To była wspaniała przygoda. Zgłębiałam dziedziny, którymi na co dzień się nie zajmuję, uczyłam się nowych rzeczy, stwarzałam fikcyjny świat jedynie według własnego uznania, mając przy tym motywację w postaci konkursu. Trudnością było chyba jedynie to, że kiedy o czwartej nad ranem przychodził mi do głowy pomysł na napisanie kolejnej sceny, musiałam dokonać wyboru: pójść wreszcie spać, czy pracować dalej.

KK: Praca nad książką pochłania mnóstwo czasu i energii. Teraz już jednak może pani odetchnąć, „Zakłamani” wreszcie pojawili się na księgarskich półkach. Pora więc na wypoczynek. Jak lubi pani spędzać wolny czas?

J.D.: Niestety, na wypoczynek zapewne jeszcze długo nie będę mogła sobie pozwolić. Pracuję nad rozprawą doktorską, prowadzę zajęcia ze studentami na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach, uczestniczę w projekcie naukowym, regularnie biorę udział w konferencjach, publikuję. Jednak wakacje mam już zaplanowane. Jak zwykle będzie to wyjazd zagranicę oraz przynajmniej tydzień wędrówek po Tatrach. Mam też nadzieję, że mimo wszystko nie zabraknie mi czasu na czytanie.

KK: Rozumiem, że idzie pani za ciosem, i za jakiś czas możemy się spodziewać kolejnej powieści z pani nazwiskiem na okładce? Jaka będzie to książka?

J.D.: Tak, zaczęłam już pracę nad nową książką. Będzie to kontynuacja „Zakłamanych”. Celowo zmieniłam zakończenie swojej powieści, by wzbudzić w czytelniku pewien niedosyt. Liczę, że zostanie on zniwelowany po lekturze kolejnej części. Poza tym chcę rozwinąć te wątki, które zostały teraz odsunięte na nieco dalszy plan.

Rozmawiał: Damian Matyszczak
Fotografia: Daniel Gołębiowski.

Joanna Dulewicz – ukończyła filologię angielską i zarządzanie. Obecnie związana jest z Uniwersytetem Jana Kochanowskiego w Kielcach, gdzie pracuje nad doktoratem z literaturoznawstwa, a także prowadzi zajęcia z literatury oraz konwersatoria. Jest autorką wielu publikacji naukowych i popularnonaukowych. Zajmuje się także tłumaczeniami tekstów literackich.
Kocha podróże, czarną kawę i wiersze Maryli Wolskiej. Nałogowo czyta książki. Siłę i inspirację czerpie z wypadów w Tatry. (mat. wyd.)