Okładka Małej baletnicy Wiktora Mroka.

Po debiutanckim “Czerwonym parasolu” Wiktor Mrok powraca z kolejną powieścią kryminalną. Tym razem na warsztat bierze temat wykorzystywania seksualnego nieletnich. “Mała baletnica” jest opartą na faktach opowieścią o próbie rozprawienia się z doskonale prosperującym podziemiem pedofilskim.

Główny wątek książki osadzony jest współcześnie i dotyczy śledztwa moskiewskiej policji w sprawie zastrzelonej kobiety. Zrazu incydent wydaje się jednym z wielu zwyczajnych zabójstw, których na niebezpiecznych ulicach stolicy Rosji nie brakuje. Dochodzenie nabiera rozmachu, gdy w domu zamordowanej odkryte zostają osobliwe rekwizyty: pejcze, kajdanki, wibratory, kamery i erotyczna bielizna. W dziecięcych rozmiarach. Policjanci konsekwentnie rozpracowują dobrze zakamuflowaną, działającą globalnie szajkę pedofilską. Zadanie utrudniają im jednak emerytowani i wpływowi kagiebiści, którzy nad pornobiznesmenami roztoczyli parasol ochronny.

Powieść jest oparta na autentycznych wydarzeniach, które miały miejsce za naszą wschodnią granicą. W latach 1997 – 2004 w Kijowie, Charkowie i Symferopolu działały nielegalne studia filmowe i fotograficzne znane pod szyldem The Ukrainian Angels Studio. Wytworzone w nich materiały z udziałem dzieci sprzedawano online pedofilom z całego świata. Zwyrodnialcy wykorzystali w ten sposób półtorej tysiąca małoletnich, czerpiąc z tego sowite zyski.

Bohaterowie występujący w najnowszej powieści Mroka są nakreśleni wyraziście i przekonywająco. Protagonistami są moskiewscy policjanci kryminalni pod dowództwem Alony Nikisziny. Oficerowie, po chwilowym szoku związanym z odkryciem drugiego dna sprawy, są zdeterminowani, by wsadzić stręczycieli za kraty. Czarne charaktery z kolei to żądni zysku członkowie pornobiznesu, z baronem Rahmanem Sayoranem na czele.

Postacie są wiarygodne również w warstwie językowej. Przestępcy porozumiewają się niewyszukanym, wręcz knajackim językiem, a w rozmowy moskiewskich policjantów i oficerów wywiadu wpleciony został służbowy żargon. Dzięki temu partie dialogowe obu stron starcia brzmią bardzo realistycznie.

Tempo akcji jest przyzwoite. Fabułę napędzają postępy w śledztwie prowadzonym przez Alonę i jej podwładnych. Ten wątek dominuje objętościowo, a jest uzupełniany przez opisy działań z punktu widzenia członków ekipy Rahmana. Tę dychotomię policjanci versus złodzieje autor zręcznie rozbudował, wplatając w nią stronę amerykańską – wątek ichniejszego kongresmena i oficerów CIA.

Trzeba przyznać, że w nowej książce Mrok dużo płynniej prowadzi wywód niż w poprzednim tomie.

W “Małej baletnicy”, podobnie jak w “Czerwonym parasolu”, lokacje zmieniają się jak w kalejdoskopie – przenosimy się z Moskwy do Kijowa, z Władywostoku na Seszele, by via Zurych wylądować w Caracas. Najwięcej czasu czytelnik spędzi jednak w stolicy Rosji, której współczesny pejzaż został tu dokładnie opisany.

Klamrą spinającą fabułę “Małej baletnicy” z poprzednią książką jest tajemnicza organizacja Czerwony parasol i jej tyleż charyzmatyczny, co złowieszczy cyngiel Rudolf. A gdzie pojawia się Rudolf vel Olaf Lund, vel Paweł Konstantynowicz, tam trup będzie ścielił się gęsto.

Wiktor Mrok

“Mała baletnica”

Wydawnictwo Initium

Kraków, 2018

587 s.

Polecamy