Zdjęcie Jenny Blackhurst.

„Właśnie dlatego tak bardzo kochamy kryminały – na końcu zawsze czeka rozwiązanie przewiązane zgrabną wstążeczką. Ja czasami lubię tę wstążeczkę zostawić trochę poluzowaną...”

Kawiarenka Kryminalna: Psycholożka, do której chodzi Kathryn – główna bohaterka „Córki mordercy” – mówi, że gdzieś w wieku pięciu lat dzieci nabierają fundamentalnych przekonań na swój temat. Co pani sama myślała na swój temat w tym wieku? Od dziecka wiedziała pani, że zostanie pisarką?

Jenny Blackhurst: Nie pamiętam dokładnie, w którym momencie postanowiłam zostać pisarką, ale na pewno dosyć wcześnie. Jeszcze w dzieciństwie nauczono mnie wierzyć w siebie i nie stawiać sobie żadnych ograniczeń w planowaniu tego, co mogę osiągnąć. Z pewnością to dało mi siłę, by zająć się literaturą.

KK: Dzięki temu teraz możemy przeczytać „Córkę mordercy”! Akcja książki dzieje się głównie na wyspie Anglesey. Czy sądzi pani – idąc tropem Agathy Christie – że taka lokalizacja jeszcze bardziej działa na wyobraźnię czytelnika thrillerów, pozwala mu wczuć się w klimat powieści? I szerzej – jak wybiera pani miejsca akcji swoich książek?

J.B.: One są bardzo ważne w moich powieściach. Lubię postrzegać miejsce akcji niemal jako równorzędną postać, która musi pasować do fabuły tak samo jak ludzcy bohaterowie. W przypadku „Córki mordercy” sceneria wielkiego miasta, w którym nikt nikogo nie zna, a ludzie wciąż się przemieszczają, nie dałaby takiej klaustrofobicznej, tajemniczej atmosfery. Dobieram więc lokalizacje powieści z taką samą starannością, jak cechy charakteru dla moich postaci. Czasami miejsce akcji jest nawet najważniejsze, a historię buduję po prostu wokół niego.

KK: Patrząc na rodzeństwo Kathryn i Jordana – zwłaszcza na początku lektury – można się zadziwić, w jak różnych kierunkach potoczyły się ich ścieżki. Jordan ułożył sobie życie osobiste i zawodowe, czego nie można powiedzieć o Kat. Czy to nie zadziwiające, jak dramatyczne wydarzenia z dzieciństwa mogą tak różnie wpłynąć tak na brata, jak i na siostrę? Czy pani wykształcenie psychologiczne pomogło w budowaniu tych postaci?

J.B.: Uwielbiam aspekt psychologiczny związany z pisaniem thrillerów. Jednym z moich ulubionych etapów pracy twórczej jest budowanie postaci. Lubię odkrywać, w jak różny sposób bohaterowie mogą zareagować na wydarzenia z przeszłości. Wykształcenie psychologiczne zdobywałam dawno temu, ale nadal z niego korzystam za każdym razem, gdy wymyślam nową historię.

KK: I kolejna sprawa – to też zatrważające, jak czyn jednego człowieka może mieć wielki wpływ na jego najbliższych, mimo że przecież są odrębnymi jednostkami i nie odpowiadają za postępowanie drugiej osoby. Czy w tym przypadku wzorowała się pani na jakichś prawdziwych wydarzeniach?

J.B.: Nie chodziło mi tu o jakieś konkretne wydarzenie. Pomyślałam raczej o tym, że za każdym przestępstwem stoją dwie rodziny: ta, która stała się ofiarą, i rodzina sprawcy, która także jest poszkodowana. Ci ostatni nie mogą liczyć na wyrazy sympatii ze strony mediów, choć ich życie również zostało zrujnowane. Spojrzałam na takie sytuacje pod nieco innym kątem.

KK: Kat słucha podcastów z gatunku true crime, korzysta z czatu „kanapowych detektywów”, gdzie postronni ludzie omawiają prawdziwe zbrodnie. Odziedziczyła ten zwyczaj po pani?

J.B.: Ja uwielbiam historie o duchach. Myślę, że to, co nieznane nas pociąga, sprawia, że chcemy zastąpić chaos porządkiem i wyjaśnić to, co niemożliwe do wyjaśnienia. Sądzę, że właśnie dlatego tak bardzo kochamy kryminały – na końcu zawsze czeka rozwiązanie przewiązane zgrabną wstążeczką. Ja czasami lubię tę wstążeczkę zostawić trochę poluzowaną...

KK: Tworzy pani silne kobiece postacie. Czy pani zdaniem jest ich wciąż za mało w literaturze gatunku?

J.B.: W powieściach procedur policyjnych pojawiło się kilka bardzo silnych postaci kobiecych. Jednak thrillery psychologiczne, takie jak te, które ja piszę, wciąż są zdominowane przez kobiety, które nie wiedzą, co robić albo dokonują nielogicznych wyborów – wszystko to byle tylko posunąć fabułę do przodu. Wolę tworzyć bohaterki samodzielnie myślące, niedostające palpitacji serca i niestrawności, gdy tylko się zdenerwują!

KK: Ostatnia z pani bohaterek jedzie do Walii. A pani pisze, że można być pewnym, że się tam znalazło, gdy wszystko wokół staje się bardziej zielone, a domy są zbudowane z naturalnego kamienia. Sama pani mieszka przy granicy z Walią. Dlaczego zdecydowała się pani osadzić akcję właśnie w tej krainie i w jaki sposób jest ona dla pani wyjątkowa?

J.B.: Kiedy wjeżdża się do Walii, to tak, jakby wkraczało się do bajkowego świata. To pokryte mchem murki z fioletowych łupków i faliste wzgórza usiane owcami – można więc sobie wyobrazić Walię jako miejsce narodzin wielu legend o olbrzymach, wróżkach i mistycznych leśnych stworzeniach. Kiedy odwiedza się Walię, to tak, jakby się opuszczało prawdziwą rzeczywistość. Są oczywiście obszary bardziej zurbanizowane i mniej sielankowe. Jednak miejsca takie jak Anglesey są przepełnione historią i kulturą. Mieszkałam na Anglesey, kiedy mój syn się urodził, i zakochałam się w wiosce Rhosneigr.

KK: W takiej okolicy z pewnością można się odciąć od życia wirtualnego. Kat usunęła konta na Facebooku i Instagramie ze względu na niezdrowe uzależnienie od internetu. Jak to wygląda z pani punktu widzenia – sieć może być zarówno przyjacielem jak i wrogiem pisarki?

J.B.: Internet i media społecznościowe wywierają ogromną presję na człowieka. To nie jest zdrowe. Stwierdzono, że przypływ endorfin w trakcie sprawdzania naszych mediów społecznościowych jest równie silny, jak wiele innych substancji uzależniających. To naprawdę niedostrzegana epidemia. A należy jeszcze do tego dodać fakt, że pisarze mogą w dowolnym momencie w ciągu dnia zapoznać się ze złą opinią o swojej pracy, co jest im dostarczane niejako prosto do pokoju, w którym siedzą. Może to być bardzo deprymujące. Jednak z drugiej strony media społecznościowe pomagają pisarzom promować ich książki. Nie możemy więc mieć ciastka i zjeść ciastko.

KK: Pani bohaterka wspomina o Nancy Drew czy o Colombo. Jacy są pani ulubieni książkowi detektywi?

J.B.: Jako dziecko uwielbiałam właśnie Nancy Drew i małych detektywów z opowiadań Enid Blyton. Oczywiście kocham Sherlocka Holmesa i Herkulesa Poirot, także Petera Granta z serii „Rzeki Londynu” autorstwa Bena Aaronovitcha i Lacey Flint z cyklu, który wyszedł spod pióra Sharon Bolton.

Wywiad przeprowadziła Marta Matyszczak.

Zdjęcie autorki: Wydawnictwo Albatros.