Zdjęcie Anny Rozenberg.

Budując powieść, staram się zostawiać na każdej stronie jakąś wskazówkę z nadzieją, że Czytelnik ją przeoczy, a potem cofnie się o parę stron i zakrzyknie: „Faktycznie, to tam było!” i z tego spróbuje wytypować sprawcę. Może to zabrzmi niesympatycznie, ale jako autorka największą radość mam wtedy, kiedy komuś się to nie uda”.

 

Kawiarenka Kryminalna: Po „Maskach pośmiertnych”, Twoim znakomicie przyjętym debiucie, czas na kolejną część przygód Davida Redferna, czyli „Punkty zapalne”. Wciąż jesteśmy w podlondyńskim Woking, gdzie Redfern tym razem rozwiązuje dwie sprawy kryminalne. Jedna z nich dotyczy zaginięcia dziewczynki, Polki. Czy dla Ciebie jako matki – właśnie ze względu na ten wątek – pisanie „Punktów zapalnych” było szczególnie trudne pod względem emocjonalnym? Czy trudno jest oddzielić własne emocje od tych, które targają postaciami w książce?

Anna Rozenberg: Zwykle staram się oddzielić własne doświadczenia od świata, który tworzę, ale faktycznie przy pisaniu „Punktów...” na chwilę pozwoliłam sobie włączyć wyobraźnię i zobrazować siebie w sytuacji, gdyby to moje dziecko zostało porwane. Parę scen napisałam właśnie na tej fali, ale z moją wrażliwością i podatnością na sugestie było to doświadczenie niemal bolesne. Bardzo mocno przeżywałam to, z czym w powieści zmaga się Kinga, matka uprowadzonej dziewczynki – bezradnością, samotnością w obcym kraju i systemem, który był dla niej niemal wrogi. Na szczęście dla mnie Redfern został wciągnięty w taki wir wydarzeń, że nie miałam tak wiele czasu dla Kingi, by totalnie pogrążyć się w jej historii i emocjach.

KK: Opisane przez Ciebie porwanie małej Izy jest bardzo poruszające. Co zainspirowało Cię właśnie do takiego wątku?

A.R.: Kolokwialnie mówiąc, punktem zapalnym napisania „Punktów zapalnych” było właśnie wyobrażenie sobie, co by było, gdyby… Fabuła powieści zaczęła się snuć w mojej głowie, gdy przeprowadziłam się do domu na obrzeżach rozległych mokradeł. Chociaż jestem racjonalistką, nie mogłam przestać tworzyć złych scenariuszy, które, nie da się ukryć, były doskonałą pożywką dla powieści.

KK: Kolejny wątek to morderstwo w rodzinie Abbasich, które od razu każe podejrzewać motyw religijny. Sama na co dzień żyjesz w społeczeństwie wielokulturowym, a w swoich książkach ukazujesz blaski i cienie takiej sytuacji. Jak życie w multikulturowym społeczeństwie wygląda z Twojego punktu widzenia?

A.R.: Mam to szczęście, że w moim życiu było zdecydowanie więcej blasków wielokulturowości aniżeli cieni. Mieszkam w bardzo sympatycznym miejscu, gdzie właściwie każdy dom zajmuje rodzina innej narodowości. Obok Brytyjczyków mamy na naszej uliczce Filipińczyków, Pakistańczyków, Szkotów czy Kenijkę. Wszyscy dbamy o zaułek, zdarza nam się wspólnie świętować. Na przykład na koniec ramadanu sąsiadki przygotowują posiłki, którymi dzielą się z resztą mieszkańców, my natomiast pieczemy z córką pączki na tłusty czwartek i zanosimy wszystkim. Chodzimy też na parady z okazji Diwali, czyli Święta Światła.

W szkole, w której pracowałam, też uczyli ludzie z całego świata, i nigdy nie odczułam, że nie należę do zespołu. Przeciwnie – często otrzymywałam wsparcie. Cieszy mnie też, że moja córka może dorastać w tak barwnym społeczeństwie. Piękne jest to, że nie musi uczyć się tolerancji, bo po prostu się w niej wychowała.

Anna Rozenberg/fot. Dominik Tamioła

KK: W „Maskach pośmiertnych” świetnie opisujesz starą polską emigrację, tę powojenną. Tym razem wzięłaś się za bary z emigracją współczesną, której przecież sama jesteś częścią, mieszkając od dekady we wspomnianym Woking. Jak różniła się praca nad „Punktami...” od pisania „Masek...”, uwzględniając właśnie ten wątek emigracyjny?

A.R.: Myślę, że praca nad „Maskami...” była o tyle bardziej czaso- i energochłonna, że coraz trudniej znaleźć świadków i świadectwa tamtych lat, a i te często są przepuszczone przez filtr subiektywizmu i przez to zakrzywione. Musiałam się więc wsłuchać w więcej głosów, to pewne. W „Punktach...” z kolei musiałam bardzo uważać, by sama nie wpaść w pułapkę osobistych osądów. Wymagało to ode mnie nieco reporterskiego podejścia, co było dla mnie czymś zupełnie nowym.

KK: Do czego jesteś się w stanie posunąć dla dobrego researchu? Bo, nie ukrywam, Twoim znakiem rozpoznawczym, sądząc już po tych dwóch powieściach, jest doskonały, wnikliwy research. Ostatnio udałaś się nawet na strzelnicę…

A.R.: Na pewno nie sięgnęłabym po historie wciąż żywe, których opisanie sprawiłoby komuś przykrość. To jest dla mnie granica absolutnie nieprzekraczalna. Natomiast jeśli chodzi o kopanie w archiwach, spotykanie się z ludźmi, odwiedzanie miejsc akcji czy doświadczanie sytuacji z gatunku tych ekstremalnych, to nic mnie nie zatrzyma, o czym Czytelnicy przekonają się przy kolejnych częściach cyklu.

KK: Motto każdego rozdziału „Punktów zapalnych” stanowi cytat z piosenek Toma Waitsa, które po polsku śpiewa Kazik Staszewski, trafiają się też fragmenty z utworów Kultu. Wiem, że dla Ciebie to już tradycja biec na koncert Kazika, gdy ten przyjeżdża do Wielkiej Brytanii. Czy mogłabyś opowiedzieć coś więcej o swoich muzycznych fascynacjach?

A.R.: Racja, tu się trochę odsłoniłam i faktycznie zdradzam Czytelnikom to, co zwykle płynie u mnie z głośników. Aranżacje piosenek Toma Waitsa to dla mnie majstersztyk i przy konstruowaniu „Punktów...”, to właśnie ta płyta grała u mnie niemal bez przerwy. W połowie listopada oczywiście wybieram się do Londynu na Pomarańczową Trasę. Poza tym mam wrażenie, że muzycznie nieco się zatrzymałam, bo wciąż odtwarzam te same albumy Kultu, Maleńczuka, Kaczmarskiego czy aranżacje tekstów Młynarskiego. Natomiast mogę zdradzić, że przy pisaniu trzeciej części towarzyszy mi głos Marka Dyjaka.

KK: Twoje kryminały są unikatem na rynku – osadzone w angielskiej rzeczywistości, ale pisane przez Polkę, z tym że Polkę doskonale znającą tamte realia, bo są one też jej realiami. Co w przełożeniu brytyjskiej codzienności dla polskiego czytelnika stanowiło dla Ciebie największe wyzwanie?

A.R.: Praktycznie połowę dorosłego życia mieszkam w Wielkiej Brytanii, ale to nie znaczy, że wiem o niej wszystko. Było mi oczywiście o tyle łatwiej, bo stoję jednocześnie w dwóch rzeczywistościach i obie mogę sobie podglądać, zderzać. Jednocześnie zależało mi właśnie na tym, by niczego nie przekładać, a jedynie sygnalizować i tym intrygować Czytelnika. Mam poczucie, że w większości się to udało, ponieważ nie starałam się na siłę tłumaczyć rzeczywistości, narzucać swojej perspektywy, a uważny Czytelnik wyciągnął z powieści dokładnie tyle, ile chciał.

KK: David Redfern nie ma łatwego życia, czasami bywasz dla niego naprawdę bezlitosna. Jaka relacja Cię z nim wiąże? Czy Ty mu kibicujesz, czy tylko czekasz, kiedy rzucić by mu kłody pod nogi? Bo na przykład taka Agatha Christie nienawidziła Herkulesa Poirot i najchętniej wysłałaby go na tamten świat, ale czytelnicy by jej tego nie wybaczyli.

A.R.: Myślę, że gdy napiszę tyle powieści o Redfernie co Christie o Poirocie, znienawidzę go podobnie jak Mistrzyni Herkulesa. Póki co, dopiero się poznajemy z inspektorem, testujemy swoją wytrzymałość. Jest on w tej chwili na ostrym zakręcie, ale w miarę rozwoju historii mam w planach postawić na jego drodze wiele dobra i to z całkiem nieoczekiwanej strony. Nasza znajomość jest jednak dość świeża i wciąż ewoluuje, ale na razie jeszcze nie w stronę morderczych myśli.

KK: Jesteś pisarką kryminałów, ale też miłośniczką gatunku, nałogową czytelniczką. Czasem jednak lektura to za mało, by zgłębić powieściowy świat. Podobno szykujesz wyprawę tropem powieści Petera Maya...

A.R.: Nie wiem, skąd te informacje i przeraża mnie, jakich macie informatorów, bo… to prawda! W przyszłym roku wybieram się na Hebrydy Zewnętrzne, co zamierzam połączyć z festiwalem kryminału Bloody Scotland. Nie będę jednak w tej podróży sama, gdyż pomysł ten podchwyciła i udoskonaliła osoba, która jest już dobrze znana w literackim świecie. Mam nadzieję, że sytuacja covidowa na tyle się oczyści, że będzie to możliwe bez ton papierów i testów.

"Punkty zapalne"/Anna Rozenberg

KK: „Punkty zapalne” to też skomplikowana zagadka kryminalna. W jaki sposób układasz te fabularne puzzle tak, by zaskoczyć czytelnika, ale też pozwolić mu samodzielnie próbować rozwiązać przygotowaną przez Ciebie zagadkę?

A.R.: Gdybym tylko znała odpowiedź! Wydaje mi się, że stosuję metodę rozsypywania okruszków. Budując powieść, staram się zostawiać na każdej stronie jakąś wskazówkę z nadzieją, że Czytelnik ją przeoczy, a potem cofnie się o parę stron i zakrzyknie: „Faktycznie, to tam było!” i z tego spróbuje wytypować sprawcę. Może to zabrzmi niesympatycznie, ale jako autorka największą radość mam wtedy, kiedy komuś się to nie uda. Ponadto żeby w tej gonitwie za mordercą nie zamęczyć odbiorców, dorzucam też drobne elementy humorystyczne. Natomiast to, czego unikam jak ognia, to króliki z kapelusza, które moim zdaniem odbierają Czytelnikom przyjemność zabawy w detektywa.

KK: Jak wymyślasz nazwiska dla swoich bohaterów? Bo mamy tu kilka ciekawych, jak np. sam Redfern, czyli czerwona paproć, czy Summer Winter.

A.R.: Muszę się przyznać, że większość nazwisk pochodzi od ludzi, z którymi gdzieś kiedyś się zetknęłam, a ich personalia zabrzmiały mi tak dźwięcznie, że postanowiłam je użyć w powieściach. I tak na przykład Vishnava Burkule był szefem mojego męża, Martin Levis – naszym sąsiadem, a Summer Winter – moją uczennicą. Zdarza mi się też wymyślać nazwiska i konsultować je z… Facebookiem.

KK: Pracujesz już nad kolejnymi częściami serii o Davidzie Redfernie. Czy możesz nam zdradzić co nieco na temat jego przyszłości?

A.R.: Ona cały czas jest bardzo niepewna i z każdym napisanym zdaniem mam wrażenie, że ta historia ewoluuje, choć jej trzon jest mi dobrze znany. Nie są tu bez wpływu Czytelnicy, którzy na przykład zaproponowali, żeby Redfern przyjechał do Polski. Nie wykluczam więc, że w którejś z części cyklu faktycznie wsadzę inspektora do samolotu i skonfrontuję z krajem przodków.

Wywiad przeprowadziła Marta Matyszczak.

Zdjęcie autorki: @Dominik Tamioła.