Zdjęcie Beaty i Eugeniusza Dębskich - fot. Łukasz Giza, Wydawnictwo Agora

„Amerykańscy uczeni (bo któż by jeszcze?) odkryli, że kieliszeczek destylatu wieczorkiem daje komórkom szturchańca. Babcia Roma udaje, że wierzy, iż to prawda, ale owa prawda jest taka, że jej to pasuje. Wnuk, zresztą zapobiegawczo, również uprawia szturchańce. My na co dzień dajemy wycisk szarym komórkom, rozgryzając przepisy podatkowe i uwierzcie nam, żadne sudoku się nie równa!”

Kawiarenka Kryminalna: Niewiele jest małżeńskich duetów pisarskich tworzących wspólnie powieści kryminalne. W literaturze zagranicznej to na przykład para pisząca pod pseudonimem Lars Kepler. W Polsce, oprócz państwa, są jeszcze Małgorzata i Michał Kuźmińscy. Dlaczego państwo zdecydowali się pisać w duecie?

Beata Dębska: Nie było takiego zamierzonego planu, że będziemy pisać wspólnie. Jak to zwykle bywa, decyzja była spontaniczna. Pomagałam mężowi w redagowaniu cyklu „Moherfucker” i uznałam, że to świetne powieści kryminalno-sensacyjne, tylko „niepotrzebnie” zawierają wątki fantastyczne, które odbierają fabule wiarygodność. Oczywiście dlatego, że nie przepadam za tym gatunkiem w literaturze. W pamięci miałam też serię o Owenie Yeatesie, który jest hołdem złożonym Chandlerowi!

Pomyślałam zatem, że zmiana konwencji nie zaszkodzi autorowi, a czytelnik zyska ulubionego pisarza w nowym gatunku. Tylko, że Eugeniusz nie chciał wejść na to poletko sam i chętnie dołączyłam do zabawy w kryminalne zagadki. Była to brzemienna decyzja…

KK: I jak to wygląda od strony technicznej? Dzielicie się państwo sztywno obowiązkami, na każdego przypadają sceny z konkretną postacią?

Eugeniusz Dębski: To jest omawianie, wymyślanie i planowanie podczas spacerów, jazdy samochodem, obiadów, nawet oglądania filmów. Scena po scenie, potem piszemy, zazwyczaj ja, bo mam więcej czasu wolnego od pracy biurowej będącej źródłem naszego utrzymania. Potem wkracza Beata, czasem cała na biało, czasem purpurowa ze złości. Dwie-trzy rundy i ustalamy wynik, się pisze…

Zdarza się, że piszemy na dwa kompy, ale częściej na jeden, drugie zerka piszącemu ponad ramieniem.

KK: A gdy w trakcie pisania pojawi się spór fabularny, kto wtedy ma ostatnie słowo? Czy może debatujecie do momentu osiągnięcia konsensusu?

B.D.: Takie sytuacje nie dotyczą tylko wspólnego pisania, bycie razem to sztuka kompromisu, to się przenosi na wszystkie pola. Inaczej nie ma sensu i się nie da. Nie mogę Gieniowi wybaczyć pewnych sytuacji w fabule, a czasem dotyczy to tylko tego, w jaki sposób ubrany jest nasz bohater, ale zaciskam zęby i muszę ścierpieć w scenografii „podniszczony, niebieski prochowiec”, bo akurat Dębskiemu w tej scenie pasuje.

E.D.: Nie pamiętam, żebym tak krzywdził współautorkę, ale może? Postaram się poprawić!

KK: Tomasz Winkler, główny bohater państwa powieści, jest zagorzałym kawoszem. Zżyma się na serwowaną w lokalach gastronomicznych Wrocławia zazwyczaj kiepską kawę. Instruuje nawet kelnerkę Literatki odnośnie pożądanego sposobu parzenia espresso. Jaki jest państwa ulubiony rodzaj tego napoju? A może macie państwo jakieś rytuały związane z przygotowaniem i konsumpcją kawy?

E.D.: Kawy pochłaniamy sporo. Nie jesteśmy w żadnym calu baristami, ale mamy dwa ekspresy ciśnieniowe w domu, kapsułowy w domku letniskowym, aeropress… Innych kaw raczej nie tolerujemy, no u jednych przyjaciół, miłośników „po turecku”, pijemy turecką, nawet z przyjemnością pewną… Gatunki? Słuchamy, co inni piją. Rytuały? Nie siorbać!

Generalnie z kawą to mamy tak, że Beata pija espresso, ja najbardziej lubię dobre americano, ale zawsze spotyka mnie zawód, najlepsze jakie piłem w Barcelonie, w Cafe Nilo. Tam się zakochałem w tej dużej, aromatycznej kawie, ale potem już nikt mi takiej nie zaserwował. Robię sobie sam w swoim domowym ekspresie.

Bardzo nam podeszło w upał w Grecji frappe, ale też – tam było wspaniałe, w Polsce – popłuczyny. Winkler pije aromatyczną dużą, gorzką, bez cukru. Raczej dobrze by nam się razem piło. Nie tylko kawę. No i chętnie bym z babcią Romą o koniaczkach podyskutował, choć się nie znam, ale lubię!

KK: Poza dobrym trunkiem Roma bardzo lubi grę w tysiąca, co uskutecznia razem z Tomaszem. Czy u państwa „gra w piki daje wyniki”? ;) Czy w ogóle grają państwo w tysiąca, a jeśli tak, to kto zazwyczaj wygrywa?

B.D., E.D.: Gramy w zychcyka. To żart. Nie, na karty nie mamy już czasu. Nie pamiętamy, kiedy ostatnio graliśmy w brydża! Jeśli jest trochę wolnego, to uciekamy do Mikorzyna, do letniskowego domku, a tam jest sporo gier z kosiarkami, grabiami, szpadlami, kotami na uwięzi, z konewkami i chwastami. Na tym się wyżywamy. Ciągle obiecujemy sobie, że wrócimy do chętnie uprawianej petanki, ale tak: trawnik nieprzystrzyżony, a klepisko mokre, a trzeba połatać węża, a porąbać drwa… I tak czas ucieka, ale życie przed nami, pogramy!

KK: Roma jest zagrożona chorobą Alzheimera i w ramach prewencji pasjami rozwiązuje wszelkie szarady umysłowe – krzyżówki panoramiczne, jolki czy sudoku. Czy takie rozrywki są dla państwa sposobem na odstresowanie?

B.D., E.D.: W kilku reckach przeczytaliśmy, że Roma ma początki Alzheimera, ale to nieprawda. Jej bliźniacza siostra – tak. Ale Roma owszem, boi się genów, dlatego ćwiczy, co się da i jak się da, ciągle sprawdza swoją pamięć, aż czasem przesadnie, ale, cóż, na jej miejscu też byśmy się zamartwiali… I jest też miły akcent – wnuk kiedyś powiedział, że amerykańscy uczeni (bo któż by jeszcze?) odkryli, że kieliszeczek destylatu wieczorkiem daje komórkom szturchańca. Roma udaje, iż wierzy, że to prawda, ale owa prawda jest taka, że jej to pasuje. Wnuk, zresztą zapobiegawczo, również uprawia szturchańce. My na co dzień dajemy wycisk szarym komórkom, rozgryzając przepisy podatkowe i uwierzcie nam, żadne sudoku się nie równa!

KK: Czy prócz Literatki mogliby państwo polecić nam jeszcze jakieś klimatyczne miejsca, które będziemy mogli odwiedzić we Wrocławiu, gdy już będzie można podróżować?

B.D.: Cocofli na Włodkowica, nasza ulubiona i zdecydowanie „numero uno”. Tam nie tylko kawa i dobre wino, ale dużo literatury, ciekawe wydarzenia, cudowne spotkania. Innych kawiarń nie pamiętam, bo daaaaawno nie byliśmy...

b i e debscy

KK: Jak pandemia wpłynęła na państwa twórczość pisarską?

B.D., E.D.: Spowolniła. Z powodu TARCZ i innych komplikacji podatkowych czas na pisanie nam się skrócił. Ale – sądzimy – czytelnik na tym nie straci. Czwarty Winkler już się powoli pyrka!

I gdy postawiłem kropkę, uświadomiłem sobie, że to nieprawda z tym spowolnieniem! Przed pandemią sporo czasu spędzaliśmy na podróżach, krótkich intensywnych skokach samolotem do Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Rosji, na Maltę i Maderę. A teraz siedzimy w domu lub jedziemy na swoją daczę, gdzie kompy, oczywiście, mają dostęp do prądu i Internetu, więc praca wre!

KK: Czy zagadnienie koronawirusa i lockdownu zagości w państwa książkach, czy macie państwo dość już tego tematu na co dzień?

B.D., E.D.: Znakomite trafienie! Czwarty Winkler zaczyna się od łapanki Sanepidu, w którą wpada Winkler i zostaje przymuszony do autokwarantanny… Więcej nie zdradzimy, ale tak się powinno zacząć. Potem będą maseczki, myte rączki, dezynfekcja zewnętrzna. Witaminy. Czyli to, co sami przerabialiśmy i przerabiamy ciągle jeszcze.

KK: Czy przy obmyślaniu i konstruowaniu bohaterów czerpiecie państwo inspirację ze znanych sobie osób, czy są to całkowicie wytwory wyobraźni?

B.D., E.D.: Wszystkie przedstawione wydarzenia i postaci są fikcyjne, ale… Nie da się uniknąć pewnych wzorców przy tworzeniu bohaterów, kogoś czasem mniej lub bardziej ma się na myśli. Kogoś z rodziny czy znajomych, ale żadna z osób nie jest kimś do końca konkretnym. Natomiast nie czerpaliśmy z żadnego bohatera serialowego czy literackiego, nie boimy się konfrontacji z Holmesem, Marlowem czy innym Mockiem (śmiech).

KK: Jeden z bohaterów „Dwudziestej trzeciej”, przedsiębiorca budowlany Robert Szeremeta, ma nie najlepsze zdanie o wrocławskich lekarzach. Ten pogląd podziela również Tomasz Winkler. Jak wyglądał państwa research w tym zakresie? Mieli państwo swoich informatorów, którzy opowiadali, jak wygląda od kuchni środowisko lekarskie?

B.D., E.D.: Mamy wśród znajomych i klientów wielu wspaniałych lekarzy, oddanych pracy i pacjentom, ale nie oszukujmy się, nie trzeba mieć „wtyki” w służbie zdrowia, żeby wiedzieć, jak niedoskonały to system i jak łatwo można zbłądzić, zapomnieć o przysiędze Hipokratesa. Nie dotyczy to jednak tylko tego środowiska, akurat to potrzebne nam było do fabuły. W każdym zawodzie są rzetelni profesjonaliści i obiboki, a Winkler - chyba, nie pytałem - w duchu cieszy się, bo z lekarzami ma swoje porachunki. Które, tu mały hint, będzie rozplątywał w przyszłości.

KK: Tomasz Winkler jest byłym policjantem, jednak ma wciąż kontakty wśród swoich kolegów po fachu. Czy z kolei i tu mieli państwo kogoś na komendzie policji, kto podpowiadał, jak wygląda praca służb?

B.D., E.D.: Tak, w obawie, że możemy się wyłożyć na jakimś policyjnym niuansiku, opisać coś, co mogłoby się wydać nieprawdopodobne albo wręcz śmieszne, sondowaliśmy trochę (w miarę możliwości) środowisko i pracę policjantów. Ale o tym cyt, o tym - sza!

KK: Pan Eugeniusz wcześniej pisał opowiadania i powieści w gatunku fantastyki. Dlaczego zdecydowali się państwo podczas wspólnego pisania na inny gatunek?

B.D.: To moja wina i fandom może mieć o to do mnie pretensje, ale mam nadzieję, że wielbiciele talentu mojego męża uznają, że to dobrze jego pisaniu zrobiło i pokazało im innego Dębskiego. A przecież gdyby tak sięgnąć do tego, co wymyślali autorzy s-f i fantastyki w latach, kiedy Eugeniusz zaczynał karierę w tej dziedzinie, i porównać ze współczesnym kryminałem, to choćby same technologie, jakich teraz używamy, były wtedy czystą fantazją! Jesteśmy ze sobą czternaście lat. Gdy się poznaliśmy, choć to dość nieprecyzyjne, bo znamy się od roku 1980, Eugeniusz akurat walczył z Moherfuckerem. Nie podobało mi się, że bardzo dobre kryminały są mieszane z wątkami z Lovecrafta. Bo w tym cyklu tytułowy Moherfucker, agent ABW, walczy z guimonami, pomiotem śpiącego gdzieś w otchłaniach oceanu Cthulhu!

E.D.: Nie widziałem nic zdrożnego w tym, że agent sieka wyspecjalizowaną szablą guimony, ale Beata nie kupowała tego. Inna sprawa, że zdobyła się na świetny tytuł, czyli “Russian Impossible”, na tym koniec kooperatywy. Aż po dziesięciu latach – bęc! Może napiszmy razem kryminał, bo łatwo jest być „mundrym” z boku, krytykować, kręcić noskiem, ale jak się pisze samemu, to inaczej! Beata podjęła ambitne wyzwanie i weszła do rozgrywki z kartami, których sama nie widziała. Ale okazały się dobrym kolorem, a może nawet pokerem?!

debscy dwudziesta trzecia

KK: Czy mogą państwo już zdradzić coś na temat dwóch kolejnych tomów serii, które wkrótce pojawią się nakładem Wydawnictwa Agora?

E.D.: Na pewno to, że każdy kolejny jest lepszy od poprzedniego, zatem warto czekać (śmiech).

W drugim tomie (“Zimny trop”, premiera w sierpniu), Tomasz wysyła babcię do pensjonarium w Polanicy Zdroju, gdzie spotyka ona swojego bliskiego znajomego sprzed pół wieku. Tymczasem Winkler we Wrocławiu przygotowuje świąteczny bigos, bo robi to najlepiej z całej rodziny, a Boże Narodzenie za pasem. Niestety, musi odłożyć gotowanie na potem, bo… I tu musicie poczekać na książkę (śmiech).

A w trzecim… O, to dopiero jest zacny kryminał! Wyjdzie na początku 2022 roku, tytuł łatwo zapamiętać, bo to “Szwedzki kryminał”. Nie da się zapomnieć! I – moim zdaniem – jest najlepszy w cyklu. Musicie wytrzymać!

Książki z autografem autorów można kupić tu: https://bit.ly/2SyAFCa

Rozmawiał: Damian Matyszczak

Fotografia: Łukasz Giza, Wydawnictwo Agora