Zdjęcie Roberta Małeckiego.

Każdy z nas ma w sobie duszę, której struny raz grają w gamie moll, a raz w dur. Generalnie na co dzień staram się, żeby grały w dur, ale kiedy siadam do pisana kryminału z komisarzem Grossem, to chciałbym, żeby ten kryminał miał swój specyficzny, właśnie moll-owy klimat, melancholijny i smutny. Co wcale nie jest łatwe. I to właśnie wtedy, kiedy mi nie idzie, budzą się we mnie demony!

Kawiarenka Kryminalna: Skąd u Ciebie zainteresowanie problematyką zaginięć? Poruszasz ją w obu swoich seriach: tej dziennikarskiej z Markiem Benerem i tej policyjnej z Bernardem Grossem w rolach głównych.

Robert Małecki: Sam się nad tym zastanawiam. Ale przyczyny są chyba dwie. Po pierwsze, w literaturze kryminalnej motyw zaginięć jest jednym z najciekawszych fabularnie motywów. Daje pole do popisu pisarzowi. Dużo większe niż trup (śmiech). Poza tym chyba od dziecka tak miałem, że jak tylko usłyszałem o tajemniczym zaginięciu kogokolwiek, to przeszywał mnie lodowaty dreszcz. Wydawało mi się nieprawdopodobne, że można zniknąć np. w wielkim mieście bez żadnego śladu. Jednak dramatyczne przykłady z życia to potwierdzają. Weźmy na pierwszy ogień sprawę Andrew Gosdena, który we wrześniu 2007 roku wysiadł na stacji King’s Cross w Londynie i wszelki słuch po nim zaginął. Albo sprawę mojej redakcyjnej koleżanki, Oli Walczak, zaginionej w 2004 roku. A takich spraw na całym świecie jest mnóstwo. I często policja bezradnie rozkłada ręce.

KK: Twój powieściowy komisarz Bernard Gross - którego drugi tom przygód pod tytułem "Wada" właśnie ujrzał światło dzienne - radzi sobie o wiele lepiej od swoich rzeczywistych kolegów po fachu. A gdy nie pracuje, oddaje się swojemu hobby. To modelarstwo chyba mu pożyczyłeś? Uspokajasz się w ten sposób po mordowaniu na kartach powieści?

R.M.: Chciałbym! Niestety, ostatnio brakuje mi na to hobby czasu. Zabrałem się za sklejanie niemieckiej ciężarówki z czasów II wojny światowej, która leży teraz rozgrzebana w modelarni i czeka aż się nad nią zlituję. Dwa inne modele stoją w kolejce do malowania. W każdym razie mój powrót do modelarstwa po wielu latach przerwy wynika z dwóch rzeczy. Po pierwsze, to wspaniałe, relaksujące (a czasem wręcz przeciwnie!) zajęcie. Po drugie, staram się w to hobby wkręcić mojego jedenastoletniego syna. Każdy z nas ma swoje stanowisko pracy i własne modele o różnym stopniu trudności. Schodzimy do piwnicy, zapuszczamy dobrą muzykę, bierzemy się do modelarskiej roboty, rozmawiając sobie, i jest fajnie! A Grossowi rzeczywiście wypożyczyłem to moje hobby, bo do niego ono chyba nawet lepiej pasuje niż do mnie (śmiech).

KK: A ujmując temat od drugiej strony: jesteś sympatycznym facetem z poczuciem humoru. Czy to jest tak, że możesz wyluzować w życiu prywatnym, bo złe emocje znajdują ujście w kryminałach? Czy pisanie mrocznej literatury może być swoistym remedium na mrok czający się w duszy pisarza?

R.M.: Nie myślę o moim pisaniu w ten sposób, w każdym razie moja twórczość chyba nie jest moją terapią. Zresztą to całe pisanie wpędzi mnie kiedyś do grobu! Ale do rzeczy. Każdy z nas ma w sobie duszę, której struny raz grają w gamie moll, a raz w dur. Generalnie na co dzień staram się, żeby grały w dur, ale kiedy siadam do pisana kryminału z komisarzem Grossem, to chciałbym, żeby ten kryminał miał swój specyficzny, właśnie moll-owy klimat, melancholijny i smutny. W związku z tym, muszę sprostać temu fabularnemu założeniu. Co wcale nie jest łatwe. I to właśnie wtedy, kiedy mi nie idzie, budzą się we mnie demony! Więc może rzeczywiście masz rację, że ostatecznie kanalizuję te złe emocje w pisaniu właśnie!

Robert Małecki, fot. Mikołaj Starzyński.

KK: Pierwsza część cyklu z Bernardem Grossem pod tytułem „Skaza” została uhonorowana Nagrodą Kryminalnej Piły, jest nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru i do Grand Prix Festiwalu Kryminalna Warszawa. Zbierasz żniwa ciężkiej, wieloletniej pracy?

R.M.: Dziesięć lat temu, kiedy zabierałem się za pisanie pierwszej w moim życiu powieści, byłem facetem, który do wielu rzeczy miał słomiany zapał. Z pisaniem jest jak widać inaczej. Rzeczywiście kocham tę robotę. Ale od początku miałem takie marzenie, żeby była to moja jedyna praca, która pozwoli mi na utrzymanie rodziny. I nie czarujmy się, chciałem być czytany i nominowany do ważnych nagród, więc dziś cieszę się z tego, ale jednocześnie zapewniam: nie grozi mi uderzenie wody sodowej do głowy ani spoczęcie na laurach. Cały czas uważam, że od chwili debiutu, czyli od września 2016 roku, moją powinnością jest ciągły pisarski rozwój. Nagrodę Kryminalnej Piły traktuję jak zobowiązanie do jeszcze cięższej pracy, bo teraz będę musiał udowodnić przede wszystkim sobie, że zarówno na tę nagrodę jak i na nominacje, o których mówiłaś, po prostu zasłużyłem.

KK: Tę ciężką pracę widać, także w tym, że dbasz o wiarygodność opisywanego świata, również przy podawaniu szczegółów pracy policji. Jak wygląda współpraca z ekspertami?

R.M.: Och, fatalnie (śmiech)! Bo zazwyczaj, kiedy przekazuję im fragment tekstu, to dostaję potem tęgie baty. Komisarz Paweł Leśniewski, biegły sądowy i wykładowca ze Szkoły Policji w Pile, za każdym razem kiedy do mnie oddzwania po lekturze fragmentu mojej powieści, każe mi wyciągać dzienniczek i wpisywać sobie jedynki. Przy czym on ich nie nazywa jedynkami (śmiech). Ale dzięki Pawłowi i dzięki prokuratorowi w stanie spoczynku Tadeuszowi Zymanowi mam szansę stworzyć jeśli nie prawdziwy, to przynajmniej zbliżony do prawdziwego, obraz miejsca zdarzenia kryminalnego. A na tym, w kryminałach z cyklu z Bernardem Grossem, bardzo mi zależy.

KK: Pleciesz też w swoich powieściach skomplikowane, wielowymiarowe intrygi. Mnie nie udało się w żadnej Twojej książce odgadnąć rozwiązania, nim nie dotarł do niego protagonista. Jak u Ciebie wygląda wymyślanie takich historii z technicznego punktu widzenia? Podobno używasz jakichś magicznych zeszytów...

R.M.: Ewidentnie powinienem się leczyć z kupowania cienkopisów i zeszytów w formacie A5 w kratkę. Rzeczywiście mam takie zeszyty i to w nich zapisuję pomysły na fabułę. Ale są to luźne przemyślenia, nazwiska bohaterów, czasami detale, które mają pojawić się w powieści lub elementy intrygi. Po napisaniu „Koszmarów” („Koszmar zasną ostatnie” - przyp. red.), odrzuciłem tworzenie szczegółowego scenopisu powieści. Zbyt mocno się go trzymałem i trudno mi było wówczas popuścić wodzę fantazji. Dlatego począwszy od „Skazy” zmusiłem się do porzucenia tego narzędzia. Znam swoich bohaterów, wiem od czego powieść ma się zacząć i jak skończyć. I tyle. Resztę tworzę na bieżąco, co w trakcie zapisu przysparza mi tylko siwych włosów na głowie!

Robert Małecki, "Wada".

KK: Pisanie scen erotycznych raczej Ci tych siwych włosów nie dodaje. Z książki na książkę są one coraz śmielsze.

R.M.: Te sceny pojawiają się tak naprawdę tylko ze względu na dookreślenie problemów bohaterki, a przez to dookreślenie jej samej. Mam tu na myśli aspirant sztabową Monikę Skalską z cyklu o komisarzu Grossie. Same sceny erotyczne, które nie wnoszą nic do powieści, w ogóle mnie nie interesują. Najtrudniejsze w nich jest chyba to, by nie przekroczyć bariery, za którą jest już porno, czyli nie skupiać się na opisywaniu detali ludzkiej fizjonomii, tylko na budowaniu klimatu, w jakim dochodzi do zbliżenia między bohaterami i na wniknięciu w ich psychikę.

KK: Monika Skalska jest ważną postacią, jednak w swoich powieściach stawiasz na protagonistów – mężczyzn. Z kolei ich żony albo przepadają bez wieści, albo zapadają w śpiączkę. Może czas na żeńską główną bohaterkę?

R.M.: Ciągle o tym myślę i stale nie daje mi to spokoju. Chciałbym napisać kiedyś powieść z główną bohaterką, ale na razie chyba nie udźwignąłbym tematu. Dojrzewam do tego momentu, ale będzie to trwało powoli. Testuję swoje możliwości w opowiadaniach. Zobaczymy co z tego wyjdzie, natomiast na pewno kiedyś napiszę powieść z główną bohaterką, tylko jeszcze nie wiem kiedy, ani o czym.

KK: Podobno nie lubisz zbyt długo opisywać losów tych samych bohaterów. Czy to oznacza, że z Bernardem Grossem będziemy musieli rozstać się już po ostatnim tomie trylogii?

R.M.: Nie. Tym razem będzie inaczej. Od początku tworzenia cyklu chełmżyńskiego z Grossem wiedziałem, że nie chcę napisać trylogii. Ma to być cykl złożony z dziewięciu, a być może i więcej tomów. Zobaczymy na ile starczy mi pary. Ale myślę sobie, że skoro zarówno Jørn Lier Horst jak i Arnaldur Indriðason czy Lee Child są w stanie poświęcić wiele powieści swojemu głównemu protagoniście, to może i mnie, skromnemu pisarzowi, też to się uda. Pożyjemy, zobaczymy. Na razie trwają prace nad trzecią częścią, czyli „Zadrą”. I płynie pot, i płyną łzy… Krew pewnie też popłynie.

Robert Małecki, fot. Mikołaj Starzyński.

KK: Był Toruń, jest Chełmża. Jakie lokacje planujesz na przyszłość? Trudno jest pisarzowi wytrzymać dłużej ze swoją opowieścią w jednym miejscu?

R.M.: Nie wybiegam daleko w przyszłość. Myślę tak, jak jeszcze do niedawna myślał Adam Małysz, kiedy startował z belki: „Oddać jeden dobry skok”. I ja też chcę oddać jeden dobry skok, czyli skupić się wyłącznie na „Zadrze” i nie myśleć o tym, co dalej. Pewne jest jedno, raczej pozostanę wierny województwu kujawsko-pomorskiemu. Bo wszędzie mam blisko. Chociaż nie powinienem tego mówić, bo wyjdzie, że jestem leń. A najgorsze, że to prawda.

KK: Polskie kryminały wyrastają jak grzyby po deszczu, organizuje się coraz więcej kryminalnych warsztatów literackich, konkursów na opowiadanie czy powieść (jak ten realizowany przez Czwartą Stronę Kryminału, w którym jesteś jurorem). Jak oceniasz to nasze poletko kryminalne? Cierpimy na klęskę urodzaju?

R.M.: Niewątpliwie tak, a świadczy o tym liczba ponad dwustu pięćdziesięciu rodzimych kryminałów ukazujących się każdego roku. To jest potop. Ale z drugiej strony rynek sam będzie to wszystko weryfikował. I chyba na tym to ma polegać. Jeśli na jednym osiedlu jest za dużo cukierni, to większe szanse na przetrwanie ma ta, która piecze smaczniejsze ciasta.

Wywiad przeprowadziła Marta Matyszczak.

Zdjęcia autorstwa Mikołaja Starzyńskiego.

Robert Małecki – politolog, filozof i dziennikarz, a także nauczyciel kreatywnego pisania. Uznawany za jednego z najlepszych polskich specjalistów w tej branży. Zdobywca głównej nagrody Kryminalnej Piły za „Skazę”, okrzykniętą najlepszym kryminałem miejskim 2018 roku. Autor trylogii z Markiem Benerem („Najgorsze dopiero nadejdzie”, „Porzuć swój strach”, "Koszmary zasną ostatnie”) i powieści z komisarzem Bernardem Grossem („Skaza”, „Wada”, w przygotowaniu „Zadra”).