Obecnie jedyną różnicą między oboma krajami jest jakość asfaltu na drogach. A i to znika, kiedy zaczyna padać śnieg. To między innymi dlatego w „Na granicy” wciąż pada śnieg – by rozmyć różnice między Północą a Południem.

Kawiarenka Kryminalna: W swojej debiutanckiej powieści „Na granicy” opisuje Pan absurdy życia w domach, które leżą na terenie bezmyślnie podzielonym przez urzędników między Irlandię Północną i Republikę Irlandii, rezultatem czego za abonament telewizyjny płaci się na Północy, ale już za prąd na Południu. Jakie jeszcze utrudnienia spotykają mieszkańców tych rejonów?

Brian McGilloway: Teraz z pewnością wszystko jest o wiele prostsze niż kiedyś. Gdy byłem mały, granice wyznaczały wojskowe punkty kontrolne. Tego już dawno nie ma. Obecnie jedyną różnicą między oboma krajami jest jakość asfaltu na drogach. A i to znika, kiedy zaczyna padać śnieg. To między innymi dlatego w „Na granicy” wciąż pada śnieg – by rozmyć różnice między Północą a Południem.

Brian McGilloway.

KK: Tak jak bohaterowie Pana książek, mieszka Pan z rodziną przy samej granicy. Czy na co dzień są tam wciąż zauważalne konflikty etniczno-narodowościowe?

B.M.: Bardzo rzadko. Na pograniczu wciąż można spotkać się z działaniami przestępczymi, takimi jak przemyt czy szmuglowanie oleju napędowego, ale ludzie, którzy tam mieszkają, czy to od północnej strony granicy, czy od południowej, bardzo dobrze się ze sobą dogadują.

KK: Główny bohater Pana książek, inspektor Benedict Devlin, to rodzinny facet, porządny gliniarz, który troszczy się o lokalną społeczność, oddaje własne pieniądze biedniejszym, twierdząc, że była zrzutka w komisariacie. On nawet nie pije whiskey! Wszyscy irlandzcy policjanci są tacy dobrzy?

B.M.: Prawdopodobnie nie. Szczerze mówiąc, kiedy zaczynałem pisać o Devlinie, chciałem uciec od chlejących na umór, rozwiedzionych detektywów, takich autsajderów, których jest pełno w literaturze. Wtedy moja żona była akurat w ciąży z naszym pierwszym synem, Benedictem (po którym zresztą Devlin dostał imię). Zainteresowało mnie wówczas, jak mój bohater będzie sobie radził z pogodzeniem pracy zawodowej z życiem rodzinnym, próbując być jednocześnie najlepszym mężem, ojcem i policjantem. On oczywiście czasem zawodzi, jak każdy z nas. Devlin w każdej z książek pochyla się nad słabszymi. Ma też poczucie sprawiedliwości, które, mam taką nadzieję, sięga głębiej niż tylko rozwiązywania zagadek kryminalnych.

KK: Co sądzi Pan o porównywaniu Pana twórczości do skandynawskich kryminałów, a inspektora Benedicta Devlina do Kurta Wallandera?

B.M.: Mankell jest mistrzem, także porównywanie Bena do Wallandera jest wielkim komplementem. Przypuszczam, że północnoeuropejskie elementy są u nas podobne – zima, ciemne wieczory i tak dalej. Irlandzka skłonność do melancholii ma też pewnie swoje odpowiedniki w skandynawskich kryminałach.

KK: Lifford, w którym osadził Pan akcję swoich kryminałów, to niezbyt duże miasteczko, mieszka tam trochę ponad 1,6 tys. osób. W każdej Pana powieści jest kilka trupów, a książek o inspektorze Devlinie wydał Pan już pięć. Nie boi się Pan, że niedługo nie będzie Pan już miał kogo mordować?

B.M.: A ilu ludzi udało się zabić Colinowi Dexterowi w Oxfordzie przez całą serie powieści o inspektorze Morsie? Moje książki opisują współczesne zbrodnie, które łączą się w różny sposób z przeszłością. To daje mnie, jako autorowi, większą możliwość do kombinowania nad moimi bohaterami.

KK: A jak reagują mieszkańcy Lifford na to, że wymordowuje Pan równo ich populację?

B.M.: Każdy z kim rozmawiałem o książkach, odnosił się do nich bardzo pozytywnie. Choć może to po prostu kwestia uprzejmości?

KK: W Polsce jak dotąd wyszły tylko dwie części przygód Bena Devlina - „Na granicy” i „Aleja Szubienic”. Czy mógłby Pan zdradzić Czytelnikom Kawiarenki Kryminalnej, co czeka Devlina w kolejnych powieściach?

B.M.: Trzecia część, „Bleed A River Deep” opowiada o otwarciu kopalni złota w Donegal i znalezieniu na starym trzęsawisku ciała – prehistorycznej ofiary. W czwartej książce, „The Rising”, powraca Caroline Williams (jedna z bohaterek dwóch pierwszych części serii, policjanta – przyp. red.), ponieważ zaginął jej syn. Skupiam się w niej na problemie handlu narkotykami na terenach granicznych. Opowiadam także o powstaniu dysydenckiej grupy paramilitarnej, która próbuje zdobyć pozycję polityczną poprzez samozwańcze akcje przeciwko handlarzom narkotyków. W piątej części przygód inspektora Devlina, „The Nameless Dead", mówię o tak zwanych „cillins” - grobach, w których chowane były nieochrzczone dzieci, ponieważ Kościół nie zgadzał się na pogrzebanie ich na poświęconej ziemi. Fabuła dotyczy też zaginięć ofiar przemocy paramilitarnej w trakcie konfliktu w Irlandii Północnej, zwanego „The Troubles”. Ciała zabitych nigdy nie zostały odnalezione.

Brian McGilloway, fot. Marta Matyszczak.

KK: Jak irlandzka policja, czyli Garda Síochána wyłapuje morderców, skoro większość funkcjonariuszy nie ma nawet pistoletu, a do dyspozycji mają tylko pałki?

B.M.: „Garda Síochána” to znaczy „Strażnicy Pokoju”, więc jeżeli spojrzeć na sprawę z historycznego punktu widzenia, policjanci nigdy nie byli uzbrojeni. Teraz oczywiście istnieją zbrojne jednostki, które patrolowały granice w trakcie czasów niepokoju. Myślę, że są one wyszkolone do tej roboty bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

KK: Pisze Pan też drugą serię powieści – o detektyw Lucy Black. Mógłby nam Pan powiedzieć coś więcej na temat tego cyklu?

B.M.: Lucy Black jest młodą policjantką z Irlandii Północnej, w Derry, gdzie się wychowałem. W pierwszej książce opowiadającej o jej przygodach, „Little Girl Lost”, Lucy znajduje dziecko w lesie w czasie zamieci. Ubrana w piżamę dziewczynka nie mówi, jest zakrwawiona. Ale to nie jest jej własna krew. Druga książka o Black, „Hurt”, wyjdzie w listopadzie tego roku w Wielkiej Brytanii, a trzecią właśnie piszę. Zawsze chciałem osadzić akcję swojej powieści w Irlandii Północnej. Myślę, że pisanie o Devlinie dało mi pewność siebie, która była mi potrzebna do wykonania tego kroku.

KK: Irlandia kojarzy się zazwyczaj z kolorowymi domkami, klimatycznymi pubami, wybornym whiskey i przyjaznymi ludźmi o znakomitym poczuciu humoru. To wszystko prawda?

B.M.: Irlandia to piękne miejsce do życia, a ludzie zazwyczaj są naprawdę bardzo przyjaźnie nastawieni. Celtycki tygrys (okres ogromnego wzrostu ekonomicznego w Irlandii pod koniec lat 90. i na pocz. XXI w., po którym nastąpił kryzys gospodarczy - przyp. red) zmienił nieco postać rzeczy. Kraj wciąż próbuje dojść do siebie po zbiorowym kacu po straconej dekadzie.

KK: Irlandzki kryminał ma wiele twarzy. Jest stworzony przez Pana porządny inspektor Devlin, równy facet z Lifford. Ale jest też Jack Taylor – utracjusz z Galway – bohater, który wyszedł spod pióra Kena Bruena. Czyta Pan swoich rodzimych kolegów po fachu? Mógłby Pan polecić innych irlandzkich pisarzy kryminałów?

B.M.: Jestem czytelnikiem kryminałów przede wszystkim i uważam, że Irlandia jest zapchana ponad miarę niezwykle utalentowanymi pisarzami kryminałów. Na dobry początek mogę wymienić chociażby takie nazwiska jak: Stuart Neville, Declan Burke, Colin Bateman, Adrian McKinty, Arlene Hunt, Jane Casey, Alex Barclay, Declan Hughes, Gene Kerrigan, Alan Glynn. I oczywiście genialny John Connolly, który wprawdzie umieszcza akcję swoich powieści w Stanach Zjednoczonych, ale jest na wskroś irlandzki.

KK: Zgarnia Pan wszelkie możliwe literackie nagrody, między innymi „Na granicy” było nominowane do Nagrody Złotego Sztyletu. Odnosi Pan wielkie sukcesy. A co jeszcze ma Pan w zanadrzu?

B.M.: Jestem po prostu szczęśliwy, że mogę wciąż pisać i że ktoś chce czytać moje książki. Myślę, że kiedy skończę pracować nad trzecią książką o Lucy, wrócę do Bena Devlina. Minął rok albo i dwa, odkąd pisałem jego głosem, więc już się za nim stęskniłem!

Wywiad przeprowadziła Marta Matyszczak

Brian McGilloway – irlandzki autor powieści kryminalnych o inspektorze Benedikcie Devlinie, których akcja osadzona jest w przygranicznym miasteczku Lifford. W Polsce nakładem wydawnictwa Amber ukazały się jak dotąd dwie książki autora: „Na granicy” i „Aleja Szubienic”.