Udręka zaczyna się dopiero po przeczytaniu tego, co się napisało. Okazuje się, że tekst można poprawiać nieskończoną ilość razy, a i tak na końcu przychodzi refleksja, że jedynym finałem jest termin. Zanim ukończyłem Zasługę nocy, rzeczywiście wydawało mi się, że należy jakoś to uczcić. Potem zrozumiałem, że czeka mnie jeszcze tyle pracy, że doprawdy nie ma z czego się cieszyć.

Kawiarenka Kryminalna: Mateuszu, jak weterynarz zostaje pisarzem?

Mateusz M. Lemberg: Przede wszystkim chciałbym się przywitać i powiedzieć, że to ogromna przyjemność spotkać się z Czytelnikami na łamach Kawiarenki Kryminalnej. Dziękuję za tę możliwość.

KK: To my dziękujemy, że nas odwiedziłeś.

M.M.L.: A wracając do pytania, to podobno w dzieciństwie odkrywamy to, co lubimy robić najbardziej. Potem należy po prostu do tego wrócić. Korzenie Zasługi nocy tkwią w przeszłości, bowiem już w szkole podstawowej swoje miejsce w klasowej hierarchii budowałem na zachwycie koleżeństwa dla rysowanych w czasie lekcji komiksów politycznych. No, powiedzmy, będących połączeniem klasycznego nurtu opowieści o superbohaterach z literaturą łagrową. Wyszedł z tego pojedynek Supermana z niejakim Wańką Kołchozowem, gdzieś na stepach u stóp Uralu. Prawdziwy przebój wielkiej pauzy. Potem przyszła proza życia, lata ciężkich studiów i moment, w którym postanowiłem choć w niewielkim stopniu wrócić do dziecięcych pasji. Niestety, kreska nie zmieniła mi się od tamtych czasów, dlatego wybrałem powieść popularną. Jakieś dziesięć lat temu kryminały przeżywały boom, żona sięgnęła po Mankella, ja poszedłem w jej ślady i tak zaświtał mi pomysł na sensację osadzoną w warszawskich realiach.

M.M.Lemberg/Źródło:www.mmlemberg.pl

KK: Co jest takiego pociągającego w zbrodni, żeby od razu chcieć o niej pisać?

M.M.L.: Powieść gatunkowa, mająca dosyć ściśle określone ramy, zasady, które można naginać i łamać, była dla mnie dobrym punktem wyjścia. Kryminał jest o tyle unikalny, że istnieje na granicy rozrywki i literatury pięknej, może czerpać z wielu szlachetnych źródeł, będąc jednocześnie towarem lub, jak kto woli, dziełem sztuki pochodzącym od rzemieślnika, przedmiotem mającym swój cel użytkowy, jakim jest zapewnienie Czytelnikowi kilku godzin w oderwaniu od rzeczywistości. A jednocześnie jest tu miejsce na pogłębioną narrację, czasem można zajrzeć pod podszewkę życia społecznego, zaciągnąć tam trochę przypadkiem Czytelnika, dać mu chwilę refleksji nad światem i jego ciemnymi stronami. Kryminał to idealne połączenie vanity pleasure z czasem płytką, czasem doniosłą analizą społeczeństwa. Stąd, myślę, jego niesłabnąca popularność tak wśród Czytających, jak i Piszących.

KK: Szczegółowo opisane tajniki pracy policji, a także specyficzny, zawodowy slang gliniarzy to mocne strony Zasługi nocy. Czy podczas pisania konsultowałeś się z prawdziwymi policjantami?

M.M.L.: Muszę w tym miejscu podziękować dwóm policjantom, którzy zechcieli podjąć się konsultacji – obaj są wymienieni w Zasłudze. Niestety z różnych przyczyn nie mogłem sięgnąć do tych zasobów tak szeroko, jak bym chciał, być może wtedy powstałaby nieco inna książka. Niewątpliwie jednak dzięki ich szczegółowym odpowiedziom na moje pytania mogłem włożyć między karty Zasługi sporo tak zwanego mięsa, czyli na przykład detal o naiwnych młodych policjantach, którzy na miejscu zbrodni zakładają maski gazowe, żeby nie czuć zapachu rozkładających się zwłok, a potem „topią się we własnych rzygach”.

KK: Zasługa nocy to także opowieść o Warszawie – mieście, które staje się równoprawnym bohaterem Twojej książki. Czy Warszawa Witczaka jest także Twoją Warszawą?

M.M.L.: Oczywiście, wszystkie lokacje upatrzyłem sobie wcześniej, choćby kamienicę na Koszykowej, której historia bliska jest rzeczywistości – naprawdę istnieje taki budynek, który przez kilka lat stał pusty, mieszkała tam tylko pani zajmująca się wcześniej sprzątaniem biur i jestem pewien, że musiała się czuć dziwnie, mając nad sobą cztery ziejące martwotą piętra. Podobno Hitchcock, pisząc scenariusze do swoich filmów, zawsze zastanawiał się, co jest ciekawego np. w takim Amsterdamie i starał się umieścić takie charakterystyczne miejsce w filmie. Podobnie postąpiłem pisząc Zasługę nocy i wybierając jako plan jednej ze scen opuszczony warszawski fort. Historia stolicy zna takie pojęcie jak Twierdza Warszawa – czyli zespół fortów wybudowanych na terenie miasta przez władze carskie. Jednym z nich jest Fort Chrzanów.

Wszyscy bohaterowie mieszkają w częściach miasta mniej więcej mi znanych, czasem wręcz zajmują mieszkania moich znajomych. Oczywiście topografia jest nieco zmieniona, dostosowana do akcji, kilka lokacji po prostu zmyśliłem, cóż takie prawo powieściopisarza.

KK: Którego ze swoich bohaterów lubisz najbardziej i jakie swoje cechy im przekazałeś?

M.M.L.: Starałem się zbudować ciekawe postacie, czerpałem zarówno ze swojego świata wewnętrznego jak i z elementów skradzionych różnym otaczającym mnie osobom. Cóż, napisałem powieść kryminalną i w tym celu nie omieszkałem uciec się do przywłaszczenia.

Lubię swoich bohaterów, ponieważ lubię postacie niejednoznaczne. Przyznam się, że na początku chciałem uczynić z Witczaka bohatera mniej złamanego życiem, statecznego ojca rodziny. Dopiero w trakcie pisania okazało się, że taka postać po prostu przyciągnęłaby znaczniej mniej uwagi Czytelnika. W pierwszej wersji chyba nawet przesadziłem, czyniąc z niego postać aż nazbyt odstręczającą, co udało mi się ostatecznie nieco złagodzić. Henning Mankell zawsze podkreślał, że siłą Wallandera jest jego zmienność, to, że w każdej kolejnej powieści jego bohater jest inny. Witczak też będzie się zmieniał i to o wiele bardziej niż Wallander.

Lemberg, fot. Marta Matyszczak.

KK: Skąd pomysł, żeby Cyna, jedna z głównych bohaterek Twojej książki, klęła wspak?

M.M.L.: Pomysł przyszedł sam z siebie i od razu wydawał się pasować do bohaterki. Wiem, że niektórym Czytelnikom przeszkadza, inni są zachwyceni. Musiałem zapamiętać jakąś notkę internetową o osobie - pamiętam, że była to kobieta - mającej taki dar – bez zastanowienia potrafiła mówić wspak. Jest to cecha tak zwanych sawantów, osób szczególnie uzdolnionych w pewnej dziedzinie, na przykład liczenia, które jednak na skutek choroby nie radzą sobie w codziennych relacjach z ludźmi. Chciałem nadać Cynie taki rys, osoby nieco zamkniętej w sobie, skazanej na izolację, a jednocześnie pragnącej być taką jak inni. Wszyscy czasem tak mamy.

KK: W końcówce Zasługi nocy wywijasz czytelnikowi numer godny norweskiego mistrza kryminału, Jo Nesbø. Którzy kryminalni pisarze są dla Ciebie inspiracją?

M.M.L.: Cieszę się, że ten twist jednak się udał, bo bałem się, że przejdzie niezauważony albo że w ogóle żadnej niespodzianki na koniec nie wymyślę. Moja agentka, czytając książkę przed wydaniem, zauważyła, że trochę na koniec zmieniłem chronologię i zapytała: „czy tak wolno”? Pomyślałem, że właśnie tak trzeba. I takie właśnie pozycje w literaturze czy kinie lubię. Pomyślmy o przykładach w kinie - Henri-Georges Clouzot na końcu swojego filmu Widmo poprosił widzów, aby nie zdradzali zakończenia innym. Pośród autorów kryminałów mam całe grono mentorów, staram się iść ścieżką wydeptaną zarówno przez Mankella, Nessera jak i Miłoszewskiego. Ale po cichu mam nadzieję, że uda się zbudować jakiś nowy nurt, kryminał z elementami, jakich dotąd w tym gatunku nie było.

KK: Czy uważasz, że pisania można się nauczyć? A może to wrodzony dar?

M.M.L.: Wrodzone są predyspozycje, które osoba powinna wykazywać od dzieciństwa. Ja zawsze miałem skłonności do snucia historii, najczęściej małpując to, co mnie fascynowało. Wraz z dojrzewaniem zaczynało do mnie docierać, że należy znaleźć własną ścieżkę, własne pomysły. I tutaj jest miejsce na pracę. Kreatywności należy się uczyć, potrzeba mentorów, którzy powiedzą ci, żeby nie czerpać z gotowych wzorów, tylko je łamać. Wymyślić coś, czego nikt przed tobą jeszcze nie napisał – oto zadanie dla piszących, wcale niełatwe. Moje zdanie jest takie, że wszelkie szkoły pisania są bardzo przydatne, dają ci wiedzę o tym, jak pisać, jak piszą inni, tworzą bazę wiedzy, z której musisz skorzystać, żeby nie powtarzać innych. Najlepszym zaś profesorem jest po prostu lektura innych powieści.

KK: A czy debiutantowi trudno jest wydać powieść?

M.M.L.: Zależy jak do tego podejść. W dzisiejszych czasach można po prostu powieść wydrukować, na rynku istnieje ogromna ilość ofert. Ale mnie zależało na dobrym wydawnictwie, na współpracy z najlepszymi. I tak też się stało. Pisanie powieści wydaje się pracą indywidualną, ale to do końca nie jest prawdą. Zwłaszcza debiutant musi znaleźć na swojej drodze ludzi, którzy go zauważą, którzy powiedzą, co jest w jego pisaniu nowe, dobre, a co po prostu nie chwyci, co jest słabe. Na szczęście znalazłem w sobie dość pokory, aby przyjąć różne konstruktywne uwagi Fachowców i je wykorzystać. Finalny efekt jest zasługą nie tylko zarwanych nocy autora, ale też sztabu ludzi, począwszy od Agenta a skończywszy na Korektorze. Po drodze jest jeszcze Przedstawiciel wydawnictwa, który dostrzegł w książce to coś unikalnego i Redaktor, który wypatrzył i wypunktował wszelkie nonsensy i słabości, tak językowe jak i logiczne. Przy takiej współpracy możemy dopiero mówić o dobrym produkcie, który odważymy się zaoferować Czytelnikowi. I właśnie tego chciałem dla napisanego przeze mnie kryminału.

KK: Czy masz jakiś specjalny rytuał podczas pisania? Jak wygląda Twój dzień, kiedy piszesz?

M.M.L.: Ach, może pisząc dziesiątą powieść będziemy mogli mówić o rytuałach. Staram się chwytać wolne chwile, które mogę wykorzystać. Muszę powiedzieć, że pisanie sprawia mi pewną przyjemność, taką, jaką daje tworzenie nowych światów, stawianie bohaterów w trudnych sytuacjach. Miłe chwile demiurga. Udręka zaczyna się dopiero po przeczytaniu tego, co się napisało. Okazuje się, że tekst można poprawiać nieskończoną ilość razy, a i tak na końcu przychodzi refleksja, że jedynym finałem jest termin. Zanim ukończyłem Zasługę, rzeczywiście wydawało mi się, że należy jakoś to uczcić. Potem zrozumiałem, że czeka mnie jeszcze tyle pracy, że doprawdy nie ma z czego się cieszyć. Ale, jeśli efektem ma być dobry produkt, warto się starać.

KK: Zasługa nocy to gotowy materiał na film. Kogo obsadziłbyś w głównych rolach, gdyby przyszło do ekranizacji?

M.M.L.: Gdybym miał jakikolwiek wpływ na obsadę, chciałbym mieć możliwość zastosowania chwytu á la Tarantino – czyli dwie przebrzmiałe gwiazdy plus nieznane twarze. Ale mówimy o realiach innego rynku. Byłoby jednak fajnie, gdyby potencjalny producent zgodził się do takiego przedsięwzięcia zaangażować nieznanych aktorów. Z jednym wyjątkiem. Do roli Cyny widzę dwie kandydatki – Marysię Peszek, albo Julię Kijowską.

KK: Czy możesz uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć, co spotka Witczaka i spółkę w drugiej Twojej powieści, Patronie?

M.M.L.: Witczak musi się zmierzyć z poważnym wyzwaniem, czyli chorobą, która zdezorganizuje mu życie zawodowe. Cyna z kolei będzie mieć nowe problemy osobiste, związane z porwaniem i gwałtem z Zasługi nocy. Tymański będzie rozwiązywał sprawę Patrona, mordercy, który weźmie na cel zakonników.

Na koniec chciałbym podziękować za możliwość spotkania z Czytelnikami i wyrazić nadzieję, że ich nie zawiodę pisząc następnego Witczaka.

KK: Trzymamy zatem kciuki i czekamy na kolejną powieść!

Wywiad przeprowadziła Marta Matyszczak

Mateusz M. Lemberg - rocznik 1971, humanista, ukończył studia medyczno-weterynaryjne, jednak nie narzeka, debiutując znalazł się w doborowym towarzystwie piszących lekarzy: Arthura Conan-Doyle’a czy Jamesa Herriota. Zanim zaczął pisać, amatorsko realizował filmy, odbył podróż na Wschód, rysował też komiksy. Zarabia na życie jako lekarz, uwielbia koty, dobre książki, Hiszpanię i Szwecję.